sobota, 8 kwietnia 2017

ekpresowy jagielnik bez pieczenia, ze śmietanką z mleka kokosowego

(Wierzcie mi, naprawdę jest ekspresowy - powstał szybciej, niż zajęło mi zebranie się, by wrzucić post na bloga ;))


Do przygotowania potrzebne są:
- 1 woreczek kaszy jaglanej
- 1 puszka  mleka kokosowego (bez dziwnych dodatków), z lodówki (!)
- 1 szklanka łuskanego słonecznika
- po pół szklanki: pestek dyni i orzechów włoskich (lub innych dowolnych)
- 1 szklanka wiórek kokosowych
- kakao (na oko)
- ok. pół szklanki cukru lub innego słodzika
- ze 3 łyżki oleju kokosowego (miękkiego)

Przygotowanie:
Kaszę gotujemy. Wiórki, a później słonecznik i pestki prażymy na suchej patelni. Ugotowaną kaszę wrzucamy do miski, dodajemy łyżkę oleju kokosowego, 3/4 porcji wiórek, cukier i kakao i mieszamy łyżką do uzyskania (w miarę) gładkiej masy. Słonecznik, orzechy i pestki dyni mielimy blenderem na drobny proszek, dodajemy resztę oleju i mieszamy, a następnie w tortownicy układamy z tego spód. Na spód kładziemy drugą warstwę (tę z kaszy jaglanej) i odstawiamy, żeby trochę przestygło. W międzyczasie wyciągamy z lodówki puszkę mleka, a z niej tylko tę gęstą warstwę, którą ubijamy tak jak śmietanę (można dodać troszkę cukru pudru). Kładziemy na wierzch ciasta, posypujemy resztką uprażonych wiórek i wkładamy do lodówki, żeby zastygło. Gotowe :) smacznego!



Do następnego :)) A.





sobota, 4 lutego 2017

jak to się stało, że rano zawsze mam co na siebie włożyć

Dwanaście lat temu, wracając ze swojej pierwszej zagranicznej, kilkumiesięcznej wakacyjnej wyprawy zarobkowej, urobiona po łokcie, zarobiona w funty i szczęśliwa, tachałam stamtąd za sobą do domu walizkę wypchaną shortbreadami i mniej więcej czterdziestoma (!) bluzkami, które tam na Wyspach, w kraju sieciówek i wyprzedaży, sobie kupiłam. I na tym brytyjski sen się kończy, bo każda bluzka była z innej parafii, nic do niczego mi się pasowało, chodziłam może w czterech albo pięciu, resztę oddałam. Nauczkę wyciągnęłam, ale dopiero po latach, kiedy w ręce wpadła mi książka "Slow Fashion" Joanny Glogazy, a w oko parę mądrych blogów o minimalnej szafie. Dzisiaj wiem co mi się podoba i w czym się dobrze czuję i o czym nie myślę mając to na sobie. A podstawą mojej garderoby jest dziś: KARDIGAN! 


Ten świetny sweter ( w większości bez guzików - dwa mam z guzikami) robi mi mnóstwo zestawów na mnóstwo okazji. Takich kardiganów mam w swojej szafie 7 (a właściwie 8, ale jeden czeka na mój ostateczny ruch, chyba czas się pożegnać). Do nich dorzucam tshirt, jeansy lub czarne rurki (po prostu jedną z trzech par spodni, w których chodzę na okrągło), kozaki do kolan i naszyjnik. Gotowe :). Strasznie jestem ciekawa jakie są Wasze żelazne zestawy, w czym czujecie się jak w drugiej skórze i co - Waszym zdaniem, wybierane choćby po omacku zawsze wygląda dobrze? Dajcie znać!

PS Dziś w myśl zasady, by jak najbardziej ułatwiać sobie życie, zrobiłam pierwszy raz "normalne" zakupy przez internet. Trochę dziwnie się z tym czułam, bo sklep widzę z balkonu, ale obawy mi minęły, kiedy miły pan przywiózł nam bez problemu wszystko co nosilibyśmy pewnie na dwa razy. Dumna jestem z siebie jak nie wiem co - takie burżujstwa to dla mnie nowość ;). (Dzięki Dorota za inspirację!) :)))

Buziaki :* A.

środa, 1 lutego 2017

jak planuję swoje wydatki...

...żeby wiedzieć:
1) na czym stoję
2) że wystarczy mi do pierwszego
3) że kupię wszystko, czego potrzebuję
4) czy i ile kasy uda mi się odłożyć na następny miesiąc


Może stwierdzicie, że nie odkryłam Ameryki i planowanie wydatków to normalka, ale - wierzcie mi lub nie - jeszcze na początku minionego roku wolałam żyć w błogiej nieświadomości, a niejednokrotnie pod koniec miesiąca wpadać w panikę, żeby ostatecznie gryząc paznokcie odliczać dni do wypłaty. Na szczęście z tego ekstremalnego sportu już zrezygnowałam i raz w miesiącu, gdy wypłata spływa mi na konto, siadam z kartką i długopisem (bo mimo wszystko jestem człowiekiem analogowym ;)), i rozpisuję cyferki.  


Przerobiłam już kilka sposobów planowania, poprzednie umarły śmiercią naturalną - po prostu mi nie pasowały, były zbyt skomplikowane, czasochłonne, za bardzo, hm... "szczegółowe" jak dla mnie. Ten w tej chwili sprawdza się najlepiej, nie wymaga nie wiadomo ile zachodu, gromadzenia paragonów, podziału na miliony kategorii itp.. Wszystko w myśl zasady, która ostatnio mi przyświeca - jak najbardziej ułatwić sobie życie. Może i Was zainspiruje. A wygląda to mniej więcej tak:

Na starcie, tego samego dnia, kiedy wypłata jest na koncie, przelewam ustaloną wcześniej comiesięczną kwotę na nasze wspólne domowe konto. Te pieniądze przeznaczane są na DOM w każdym tego słowa znaczeniu (to jednak historia na zupełnie inny wpis). To co zostaje po zrobieniu przelewu - jest budżetem na moje wydatki.


Co dalej? Teraz wypisuję od myślników to, na co wydaję pieniądze co miesiąc:
- telefon
- bilet
- kosmetyki
- tańce
- inne (taksówka, drobne przyjemności tylko dla mnie, kawka z koleżanką itp.)
Obok wypisuję kwoty, które na te wydatki przeznaczam. Przykładowo: telefon 50 zł, tańce 70, inne 100 zł itp itd.... Sumuję i odejmuję od budżetu.

Jeśli danego miesiąca planuję fryzjera lub np. lekarza lub zakup jakiegoś ubrania, też wypisuję od myślników razem z kwotami, które mogę/muszę na dany wydatek przeznaczyć. Sumuję i odejmuję od budżetu. 

To co zostaje jest kwotą zaoszczędzoną (np. na ubrania - kupuję raz na kilka miesięcy to czego potrzebuję, czy na inne "grubsze" wydatki, które pojawiają się na horyzoncie).

To co wydam skreślam z listy, ewentualnie zapisuję ile pieniędzy do końca miesiąca zostało mi w kategorii "kosmetyki" lub "inne". Wiem na czym stoję i czy na coś jeszcze mogę sobie pozwolić. Żeby jeszcze bardziej ułatwić sobie sprawę i nie musieć pilnować przez cały miesiąc, ile kasy zostało mi jeszcze na dezodorant czy tusz do rzęs - wszystkie (albo przynajmniej większość) kosmetyków kupuję od razu na początku miesiąca. Z gotową listą potrzeb idę do drogerii i tyle.


Całe planowanie zajmuje mi około 15 minut, więc nie jest źle, jeśli jeszcze tego nie robicie - polecam, naprawdę jest łatwiej i mniej stresowo. A jeśli macie jakieś swoje metody - dajcie znać, może i w mojej da się jeszcze coś udoskonalić, a może na czymś przyoszczędzić :).

Buziaki! A.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

moje kulinarne odkrycie roku.

A jest nim.... tadadadaaaam: oszukany ser z ziemniaka :). (Tak, słyszę to parsknięcie śmiechem po drugiej stronie monitora, ale ten się śmieje, kto go nie spróbował ;)). Przepis na "ser" pochodzi stąd , w zapiekance już go wypróbowałam, teraz wymyśliłam, że sprawdzi się na pizzy. Jeśli tak jak ja lubicie zjeść konkretnie, ale niekoniecznie tłusto, nie boicie się węglowodanów, unikacie jednak sera bo dbacie o linię/cholesterol/zwierzęta/macie uczulenie na laktozę lub z tryliarda innych powodów - oto przepis na pyszną pizzę z serem na niby:

Zakładając, że "ser" z przepisu już mamy gotowy, to następnie wsypujemy do miski trzy szklanki mąki (ja użyłam dwóch szklanek zwykłej tortowej i jednej szklanki żytniej razowej).


Dodajemy resztę składników jak do typowego drożdżowego ciasta, czyli: torebkę drożdży suszonych (ułatwiajmy sobie życie :)), łyżeczkę soli, łyżeczkę cukru, ze trzy łyżki oleju i szklankę ciepłej wody (dolewamy stopniowo). 


Mieszamy najpierw łyżką, później zagniatamy ręką przez parę minut, aż uzyskamy taką mniej więcej kulkę (którą wkładamy do miski wysmarowanej olejem):


Zawijamy miskę ściereczką i stawiamy koło kaloryfera, gdzie ciasto będzie sobie rosło około godziny. Wyrośnięte wygląda mniej więcej tak:


Wyrabiamy jeszcze przez chwilkę. Wykładamy ciasto na blaszkę (wyłożoną papierem i lekko posmarowaną olejem), formujemy duży okrągły placek, na to kładziemy dodatki: u mnie passata pomidorowa, na to oszukany ser, cebula i ogórek kiszony w plasterkach. Posypujemy oregano i wstawiamy do piekarnika. (200 stopni, 18 minut - ostatnie 3 minuty dałam z termoobiegiem). 


 Wyjmujemy, kroimy, jemy :)))








Smacznego! Jeśli zrobicie, dajcie koniecznie znać jak wrażenia. Buziaki - A. :)

niedziela, 29 stycznia 2017

czekoladowe ciasto bez jajek, mąki i bez pieczenia

Jeśli zaczniecie teraz, to do popołudniowej kawki będzie jak znalazł. Pomysł na spód zaczerpnęłam z tego przepisu Jadłonomii (ale orzechy zastąpiłam słonecznikiem - wersja ekonomiczna :)). Pomysł na nadzienie z nerkowców pochodzi z tego przepisu z bloga ErVegan. Pomysł na dodanie kaszy jaglanej z miliarda podobnych przepisów w internecie. Gdy już wszystko wymieszałam, wyszło takie coś:


Ale po kolei (piszę z głowy, bo oczywiście tradycyjnie nie zapisałam niczego w trakcie robienia, więc niewykluczone że coś hmmm pominę...)

Na spód potrzebujemy:
- około dwóch szklanek  słonecznika (podprażonego na patelni)
- kilku daktyli (namoczonych przez paręnaście minut we wrzątku)
- dwóch łyżek oleju kokosowego (ja użyłam w konsystencji miękkiej, nie płynnej)

Na środek potrzebujemy:
- woreczka ugotowanej kaszy jaglanej
- małego woreczka (około 10-15 dkg??????) nerkowców - namoczonych wcześniej we wrzątku (tak około godziny będzie okej, ale jak macie mniej czasu to też nic się nie stanie)
- dwóch łyżek oleju kokosowego
- ze czterech łyżek kakao
- z pół szklanki wiórek kokosowych
- kilku daktyli namoczonych we wrzątku
- cukru (ilość na smak) lub czegoś innego do posłodzenia

Na wierzch potrzebujemy:
- tabliczki gorzkiej (70%) czekolady
- trochę gorącej wody lub np. roślinnego mleka
- odrobinę (łyżkę?????) oleju kokosowego

Wykonanie:
Składniki na spód blendujemy i wykładamy na tortownicę lub inną formę (nie przejmujcie się, że się rozwala - zastygnie i wszystko będzie ok). Nerkowce blendujemy z odrobiną i daktylami do uzyskania w miarę gładkiej masy, dodajemy pozostałe składniki i mieszamy, wykładamy na wcześniej rozłożony spód. Tabliczkę czekolady łamiemy i rozpuszczamy nad parą (jeśli się słabo rozpuszcza to dolewamy wrzątku), dodajemy trochę mleka, i odrobinę oleju kokosowego, cały czas mieszamy. Płynną ale nie gorącą czekoladę wykładamy na wierzch i rozsmarowujemy po całości. Całość wkładamy na godzinkę do lodówki. Jemy :)




Mała rada dla pedantów: pokroić zimne mokrym nożem - wyjdą równiutkie brzegi :)) Smacznego życzę :) A.


piątek, 27 stycznia 2017

hello weekend!

Piątek na urlopie może oznaczać jedno: spanie do 10tej...
A nie.
To nie w tym życiu ;)

Jeszcze raz.

Piątek na urlopie może oznaczać:
Pobudkę o 5:30, przygotowanie pysznego śniadania dla rodziny, kąpiel, załatwienie sprawy na mieście, powrót do domu, kawkę i ciasto, i... zrobienie sobie wieczorowego makijażu, hehe. Dziś wieczorem matka ma wychodne, ale najpierw w tym glamour anturażu, po bardzo niewieczorowej 15stej, odbierze dziecko ze żłobka. 
Miałam też w planach robienie grubego obiadu na dwa dni, ale mi nie wyszło, wolę w tym czasie wrzucić post na bloga, coś tam "się kupi" w drodze do domu. 
A dzień mija mi mniej więcej tak:







PS Ciasto jest absolutnym zlepkiem wszystkich internetowych pomysłów na temat wegańskich ciast bez pieczenia. Co miałam to dałam, podstawą są ziarna słonecznika i olej kokosowy, środek to kasza jaglana z nerkowcami, wiórkami i olejem kokosowym, wierzch to gorzka czekolada 70%. Nie jest za bardzo fit bo dodałam cukru, ale wystarczy posłodzić czymś innym i już. Pycha! Robi się dosłownie z pół godzinki, potem jakąś godzinę zastyga w lodówce.

Miłego weekendu kochani! :* A.