sobota, 31 grudnia 2016

A gdyby tak, w nowym roku...

Być bardziej odważną.
Przestać się przejmować.
Błysnąć żarcikiem nie tylko na bloggerze.
Zacząć nosić sukienki.
Jeść jeszcze więcej warzyw.
Mniej siedzieć na insta, albo na fejsbuku.
Pójść na basen w BIKINI.
Tańczyć, gotować, blogować, ile tylko się da.
Więcej mówić.
Mniej rozkminiać.
Malować usta czerwoną szminką.
Albo mieć to wszystko w nosie.

 Byłeś super! (czasami).

 Dzień dobry, poznajmy się :).


W Nowym Roku życzę Wam, żebyście nie musieli czuć presji, że coś musicie. (No... wiadomo, że musicie pracować, żeby zarobić pieniądze, bo musicie jeść, i musicie spłacić kredyt, i musicie codziennie wstawać, i... hehe ;)). I żeby nigdzie się Wam nie śpieszyło. I żeby podłoga mogła być zakurzona, obrus poplamiony, a pranie zrobione jutro. I żebyście nie słuchali, kiedy jakieś internety i inne głupotki mówią Wam, jak macie żyć. Bo po Waszemu też jest OK. Życzę też zdrowia. Do siego!

A.


piątek, 30 grudnia 2016

jak w trzy miesiące odgruzowałam swój organizm - my story ;))

Po co o tym piszę?
Bo:
1. Targają mną wyrzuty sumienia, że Was zaniedbałam, a wiem, że część z Was czeka na nowe posty.
2. Dla sławy ;).
3. Jestem dumna z efektów jakie udało mi się osiągnąć i z nawyków, jakie udało mi się wprowadzić.
4. Ciśnie mi się na klawiaturę, że nie musicie czekać do sylwestra (pierwszej gwiazdki, ferii, zaliczonej sesji, Wielkanocy, majówki, wakacji, ani Dnia Pocztowca), ani na gazetki z promocjami na fit sprzęty i ubrania, tylko możecie zacząć od razu, w zwykły piątek, środę czy poniedziałek, w starych legginsach i tiszercie.

W moim przypadku było to tak:

26. września, a był to poniedziałek, popatrzyłam na siebie na zdjęciach z pewnej wyprawy do lasu, weszłam na wagę i po raz tysiąc pierdyliard sześćdziesiąty ósmy stwierdziłam, że się zapuściłam. W ubraniach niby nie jestem gruba, i jak to się ładnie mówi" dobrze wyglądam" ;), ale pod już nie jest tak wesoło. Wiadomo - wakacje - lody na śniadanie obiad i kolację, żłobek przez miesiąc zamknięty więc nie trzeba chodzić po Ulę, i w ogóle chodzi się mniej, tu urlop, tam pizza, i tak się nazbierało. W moich żyłach płynął żółty ser, bita śmietana i czekolada. Tego wieczora zmierzyłam się w obwodach, w swoim kalendarzu napisałam: MASAKRA, cyknęłam sobie fotkę w lustrze, założyłam adidasy, i włączyłam Skalpel. Bogatsza o kiepskie doświadczenia z lutego tego roku, kiedy to chciałam już!, szybko!, natychmiast!, a co po dwóch tygodniach skończyło się kontuzją kostki, i w konsekwencji - demotywacją i moją rezygnacją z ćwiczeń - tym razem zaczęłam powoli. Pewnie się orientujecie, że Skalpel do szalonych programów nie należy, więc kiedy już przebolałam pierwsze zakwasy, mogłam ćwiczyć go nawet 5 razy w tygodniu. I ćwiczyłam, do tego chodziłam, gdzie mogłam - z buta. No i wiadomo - słodycze precz, tłuste mięsa, precz, w tygodniu na ogół grzecznie, a na weekendy cheat day i jem wszystko, co chcę. Czasem były grzeszki również i w tygodniu, no ale bez przesady. Efekty widziałam już po około trzech tygodniach, a mój wieczór z Chodakowską stał się rodzinnym wieczornym rytuałem ;). Ula z Łukaszem mi kibicowali i było ekstra, ale po jakimś czasie Chodakowska mi się znudziła, efekty też były mniej zauważalne, a biodra i uda w ogóle stały w miejscu. Przerzuciłam się więc na Mel B, wciąż dużo chodziłam, i... niestety więcej podjadałam. Efekty niby były, ale minimalne. Zainteresowałam się bardziej tematem odżywiania i ćwiczeń, i odkryłam Amerykę, tzn. interwały. Że też wcześniej nic o tym nie wiedziałam! 15 minut ćwiczeń, max 3 razy w tygodniu i wreeeeszcie zauważyłam widoczną utratę tkanki tłuszczowej. Nawet biodra i uda drgnęły! Jem coraz zdrowiej, coraz mniej tłuszczów zwierzęcych, za to więcej warzyw, orzechów, kasz, owoców. Prawie w ogóle zrezygnowałam z mleka, za co podziękował mi mój żołądek. I tak się jakoś bujam, już od trzech miesięcy. Zapisałam się na tańce (zawsze chciałam tańczyć hip hop - no to zaczęłam jako staruszka w grupie seniorów ). Codziennie chodzę pieszo około pięciu kilometrów. Po trzech miesiącach na wadze minus 4 kilo, i 29 centymetrów łącznie w obwodach. Jestem w szoku, i wreszcie odzyskałam talię.
Dlatego weźcie już dajcie spokój z tym nowym rokiem. Jak naprawdę Wam zależy, to dzień przed sylwestrem też jest spoko. A ponieważ już oficjalnie jestem #fitmama, #healthyfood, #zdroweodżywianie i inne fancy hasztagi, to mogę Was motywować ;)
Na zachętę fotka. Po lewej ja bez talii - 26 września, po prawej - już z. :) Różnica trzech bardzo przyjemnych miesięcy.

Zajawka na gotowanie trwa, ćwiczeń teraz mniej, bo przyszedł jakiś kryzys i choroba, i wdarło się lenistwo, ale już wiem, że to przejściowe, i nie mam wyrzutów sumienia. Dumna jestem z siebie. I pozdrawiam Was serdecznie - do następnego :) A.

PS Żaden ze mnie dietetyk, ani tym bardziej trener, proszę nie traktujcie tego wpisu jako jakiejkolwiek wytycznej.