piątek, 9 września 2016

32 powody...

... żartowałam! (ach te chwytliwe tytuły... ;)). No dobra. Faza mnie-ogarniętej życiowo superwoman, o której przyjemnie pisze się na blogu, i o której jeszcze milej się czyta, poszła w piz** jest już za mną. 


Teraz, kiedy formalności mamy już za sobą, mogę śmiało przyznać, że wszystko wokół mnie nie wygląda różowo, a raczej wygląda szaro jak stąd do Kielc (to znaczy bardzo szaro). Nie wiem z czego to wynika, ale jestem pieruńsko zmęczona i mam wrażenie, że dokonuję samych złych wyborów, a tak naprawdę nie potrafię wybrać, więc strzelam na oślep. Konkrety. Wstać przed piątą i wyjść z domu wykąpaną, z umytą głową, z makijażem, ze schludnie ubranym dzieckiem, ze zdrowym śniadaniem w pudełku, zjadłszy uprzednio owsiankę z owocami, CZY wstać o szóstej, zjeść owsiankę z owocami i wyszykować dziecko a samej pójść z tłustym włosem, kupując po drodze jakiegoś parszywca na drugie śniadanie, wydając w ten sposób tyle, za ile w domu zrobiłabym dla dwojga...? Inny przykład: Gotować zdrowe obiady i inwestować w ten sposób w swoje zdrowie i figurę, tracąc jednak mnóstwo czasu (rano i po południu), który można wykorzystać na przykład na kąpiel czy brwi, CZY kupować gotowce w garmażerce narażając na szwank portfel i figurę, zyskując jednak trochę więcej czasu...? Kolejny: Sprzątać sobie na bieżąco, a zatem chcąc nie chcą latać ze ścierą codziennie narażając się na dodatkowy wysiłek pomimo zmęczenia, zyskując jednak spokój ducha, CZY tkwić w ogólnym rozgardiaszu, w większości przypadków sprzątając tylko "rynek" i żyć ze świadomością, że z porządkiem nie ma to zbyt wiele wspólnego...? Inny przykład: Jeździć rano do żłobka autobusem, zyskując w ten sposób cenne minuty o poranku, tracąc jednak przez to swoją jedyną życiową aktywność fizyczną czyli chodzenie, CZY jednak chodzić, co zajmuje sporo więcej czasu, a zatem generuje więcej "szybciej, szybciej", "chodź, chodź", "idziemy, idziemy", ale sprawia, że jako tako się trzymam...? Albo: Czy zrobić sobie wieczorem pedikiur, tracąc w ten sposób cenne minuty, które można przeznaczyć na sen (albo instagrama), zyskując jednak możliwość założenia rano sandałów (bo we wrześniu, zamiast być zimno, jest nagle prawie 30 stopni!), CZY nie zrobić pedikiuru, wbić się wcześniej do łóżka, ale gotować się następnego dnia w zakrytych butach...? Kazać dziecku sprzątać zabawki, zdając sobie sprawę ile czasu to potrwa i ile oporu będzie trzeba znieść, CZY olać temat i szybko sprzątnąć wieczorem samemu, zyskując szybciej wolny czas dla siebie, ryzykując jednak, że wychowa się bałaganiarza... I tak dalej, i tak dalej... Dziewczyny. Help. Mi się naprawdę wydaje, że jestem nieziemsko padnięta. I nie wiem co wybierać, a najgorsze, że chciałabym wszystko. A przecież mam jeszcze tego bloga na którym mi zależy, i jakąś książkę chciałoby się przeczytać. I czytam o tym całym slow life, i wydaje mi się dziś, że to jakaś abstrakcja. Nie wiem o co chodzi. W wieku 32 lat czuję się dziś jak staruszka. Lenistwo? Słabość? Nieudolność? Choroba? Przeczekać? Tylko do kiedy? 
Buziaczki! A.

8 komentarzy:

  1. Niestety tak to już jest, że nie można mieć wszystkiego. A najbardziej śmieszą mnie ludzie, którzy nie mają dzieci i mówią, że skoro czegoś nie możesz, to na pewno są to wymówki. Chociaż nie Aga... czekaj można wszystko. Tylko trzeba pie...ć większość kwestii. Pie...ć bałagan, pie...ć tłusty włos, pie...ć paznokcie. I wtedy będzie git! Tylko pytanie czy: umiesz tak? No właśnie. Ja też nie. To pisałam ja - Paulina Madej

    OdpowiedzUsuń
  2. Aga, podejrzewam, że cierpimy na o samo, syndrom pracującej matki dwulatka:) Ja też ostatnimi czasy około 18 czuję się pieruńsko zmęczona. Rukolę na zdrową sałatkę kupiłam przedwczoraj- dalej czeka w lodówce. Wieczorem marzę tylko o tym, aby oko przymknąć, i codziennie rano z rumieńcem zawstydzenia słucham, jak to moje koleżanki po nocach całą robotę sobie nadgoniły, a ja.... Patrzę sobie na czekającą stertę testów, które obiecałam sprawdzić na poniedziałek....ale jeszcze tylko napiszę ci komentarz i idę spać, bo o 6 pobudka. Na pocieszenie dodam, że to minie. Jeszcze ze cztery lata i nasze maluchy będą same śmigać po placu zabaw, a my będziemy zapuszczać co 10 sekund żurawia, czy aby wszystko jest ok i z szyderczym uśmiechem politowania patrzeć na kwitnące tam matki malców, którzy jeszcze nie mogą być tam sami:) To pisałam ja- Magda ku....ko zmęczona Janowicz

    OdpowiedzUsuń
  3. ajlawju! - jest nadzieja :)
    ps właśnie sobie przypomniałam, że gary kisną od rana w zmywarce niewłączone, ja pierr... nic im nie będzie

    OdpowiedzUsuń
  4. Aga... może to brzydko zabrzmi, ale mi lepiej ;-ppp Żeby Ciebie trochę rozbawić, dorzucę do tych dylematów cudnego, kochanego psa, który zostawia codziennie tonę kłaków i czeka na spacer, zabawę i towarystwo ;-ppp Witaj na rollercoasterze;-) Właśnie się zastanawiam, ... czy ja mam jeszcze dziś na cokolwiek siłę?! PS. Kupiłam paprykę, którą zamierzam faszerować, przynajmniej dziś tak sobie fantazjuję, może się ziści, ale dopiero pojutrze, bo jutro jeszcze praca. Hawk! Uszy do góry! - Kacha

    OdpowiedzUsuń
  5. W domu mam permanentny syf. Zojcia ogląda całymi dniami bajki. Na spacery nie chodzę, bo ledwo się ruszam. Jadamy głównie frytki (i to zazwyczaj z paczki). A za parę dni będzie jeszcze ciężej :-) Żyjmy nadzieją, że to miiinie! :-*

    OdpowiedzUsuń
  6. Dzięki dziewuszki! "dobrze że nie tylko ja tak mam" :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja nie pracując jeszcze, mam często problem z ogarnięciem wszystkiego tak, jakbym chciała. Nie wiem co będzie potem...nawet nie chcę sobie wyobrażać. Nie pamiętam też w jaki sposób udawało mi się nie zarosnąć syfem i niezałatwionymi sprawami, kiedy byłam sama z Sebą. To chyba była kwestia ustalenia priorytetów. Skoro nie da się wszystkiego, to trzeba wybrać i się z tymi wyborami pogodzić ;) No i jakoś przeżyliśmy. Jak kiedyś znajdę jakąś nową robotę, to pewnie też przeżyjemy, ale już wiem, że pierwsze tygodnie na pewno będę płakać, że nie da rady :)

    OdpowiedzUsuń