niedziela, 25 września 2016

bardzo piękny jesienny wpis (i parę ładnych obrazków).

Kiedy spanie przy otwartym oknie staje się wyzwaniem, w naszym piekarniku piecze się kartoflak, a ja budzę się do życia, mam ochotę się rozwijać, ćwiczyć, działać i uśmiechać, może to oznaczać tylko jedno - jesień. Jest piękna. Z całym swoim charakterem i kapryśnością. Jak chce zaświecić słońcem, to świeci. Jak chce lunąć deszczem to lunie, i co jej zrobicie?! Możecie kochać, albo nienawidzić. Piękna. Z całą swoją suchością liści, ostów, z bukowymi szyszkami, brązem, żółcią, i słońcem świecącym nisko, idealnie do zdjęć. Z martwotą przyrody, chryzantemami i zapachem zniczy. Rozgaszcza się w bujanym fotelu i wbija pod koc z kubkiem herbaty albo kawy inki. I zapewnia, że przez dziesięć najbliższych miesięcy nie będę musiała pokazywać ciała w letnich bluzkach na makaronowych ramiączkach. Obiecuje za to botki, swetry, szaliki i płaszcze, pierogi z dynią i gorące zupy. Tak. To moja pora roku. Oby została jak najdłużej :).
Pierwszy jesienny weekend uczciliśmy - a jakże - spacerem:

 












PS Tak się kończy pozowanie matki do zdjęć na bloga:


PS2 Łukasz Was pozdrawia, a ja dodam, że "ma wspaniałe mięśnie" :)))

Do następnego razu! Dzięki, że jesteście - A.

niedziela, 18 września 2016

co robi żona i matka...

...gdy męża i dziecka nie ma w domu? - zapytacie... Nie oszukujmy się - oczywiście, że sprząta! Dzięki uprzejmości moich przekochanych rodziców, którzy zabrali Ulę do siebie na dwa (!) dni, i dzięki uprzejmości mojego przeprzekochanego męża, który całą niedzielę spędził poza domem, złamałam wszystkie zasady o święceniu dnia i zabrałam się za robotę. A wiecie co jest najgorsze? Że ja to uwielbiam. Fak! Czy ze wszystkich pasji świata - włączając między innymi grę na ukulele, żonglerkę, odkrywanie nieznanych faktów z życia Napoleona, czy zdobywanie górskich szczytów i przepływanie oceanów kajakiem - moją jest tak naprawdę porządkowanie przestrzeni wokół, czyli, powiedzmy sobie szczerze, latanie ze ścierą?! Czy niewypowiedziana radość z wysprzątanej na błysk komody z dziecięcymi ubraniami to już przejaw szaleństwa? Jeśli tak, to w sumie spoko. Zawsze chciałam być szalona.
Co robiłam, kiedy miałam okazję pławić się w pianie, pić drinki, i zajadać krewetki, ale nie poszłam tą drogą? Proszzz:

Robiłam ściereczki ze starych ubrań Uli, które nie nadawały się do oddania:



Przerabiałam za krótkie spodnie Uli na krótkie spodenki do spania (nooo, "*ujowa Pani Domu by się nie powstydziła... ;)):






Wietrzyłam komodę, wyrzucałam co zbędne, a potem cieszyłam oko takim widokiem:


Napawałam się prezentem od mamusi:


Do tego obejrzałam wszystkie zaległe filmiki na youtubie, wypiłam hektolitry kawy z mlekiem, i zjadłam pyszną sałatkę z ziemniaków (nie wyściubiłam dziś nosa na dwór, więc nie było za dużego wyboru, ale sałatka z ziemniaków, jabłek i cebulki - pycha!).
A wy co porabiacie w tak pięknym, wolnym dniu? :)
Dajcie znać! - A.

piątek, 9 września 2016

32 powody...

... żartowałam! (ach te chwytliwe tytuły... ;)). No dobra. Faza mnie-ogarniętej życiowo superwoman, o której przyjemnie pisze się na blogu, i o której jeszcze milej się czyta, poszła w piz** jest już za mną. 


Teraz, kiedy formalności mamy już za sobą, mogę śmiało przyznać, że wszystko wokół mnie nie wygląda różowo, a raczej wygląda szaro jak stąd do Kielc (to znaczy bardzo szaro). Nie wiem z czego to wynika, ale jestem pieruńsko zmęczona i mam wrażenie, że dokonuję samych złych wyborów, a tak naprawdę nie potrafię wybrać, więc strzelam na oślep. Konkrety. Wstać przed piątą i wyjść z domu wykąpaną, z umytą głową, z makijażem, ze schludnie ubranym dzieckiem, ze zdrowym śniadaniem w pudełku, zjadłszy uprzednio owsiankę z owocami, CZY wstać o szóstej, zjeść owsiankę z owocami i wyszykować dziecko a samej pójść z tłustym włosem, kupując po drodze jakiegoś parszywca na drugie śniadanie, wydając w ten sposób tyle, za ile w domu zrobiłabym dla dwojga...? Inny przykład: Gotować zdrowe obiady i inwestować w ten sposób w swoje zdrowie i figurę, tracąc jednak mnóstwo czasu (rano i po południu), który można wykorzystać na przykład na kąpiel czy brwi, CZY kupować gotowce w garmażerce narażając na szwank portfel i figurę, zyskując jednak trochę więcej czasu...? Kolejny: Sprzątać sobie na bieżąco, a zatem chcąc nie chcą latać ze ścierą codziennie narażając się na dodatkowy wysiłek pomimo zmęczenia, zyskując jednak spokój ducha, CZY tkwić w ogólnym rozgardiaszu, w większości przypadków sprzątając tylko "rynek" i żyć ze świadomością, że z porządkiem nie ma to zbyt wiele wspólnego...? Inny przykład: Jeździć rano do żłobka autobusem, zyskując w ten sposób cenne minuty o poranku, tracąc jednak przez to swoją jedyną życiową aktywność fizyczną czyli chodzenie, CZY jednak chodzić, co zajmuje sporo więcej czasu, a zatem generuje więcej "szybciej, szybciej", "chodź, chodź", "idziemy, idziemy", ale sprawia, że jako tako się trzymam...? Albo: Czy zrobić sobie wieczorem pedikiur, tracąc w ten sposób cenne minuty, które można przeznaczyć na sen (albo instagrama), zyskując jednak możliwość założenia rano sandałów (bo we wrześniu, zamiast być zimno, jest nagle prawie 30 stopni!), CZY nie zrobić pedikiuru, wbić się wcześniej do łóżka, ale gotować się następnego dnia w zakrytych butach...? Kazać dziecku sprzątać zabawki, zdając sobie sprawę ile czasu to potrwa i ile oporu będzie trzeba znieść, CZY olać temat i szybko sprzątnąć wieczorem samemu, zyskując szybciej wolny czas dla siebie, ryzykując jednak, że wychowa się bałaganiarza... I tak dalej, i tak dalej... Dziewczyny. Help. Mi się naprawdę wydaje, że jestem nieziemsko padnięta. I nie wiem co wybierać, a najgorsze, że chciałabym wszystko. A przecież mam jeszcze tego bloga na którym mi zależy, i jakąś książkę chciałoby się przeczytać. I czytam o tym całym slow life, i wydaje mi się dziś, że to jakaś abstrakcja. Nie wiem o co chodzi. W wieku 32 lat czuję się dziś jak staruszka. Lenistwo? Słabość? Nieudolność? Choroba? Przeczekać? Tylko do kiedy? 
Buziaczki! A.

wtorek, 6 września 2016

moje wymarzone życie przy garze.

Gdybym dziś miała wybrać jedną jedyną czynność, którą będę wykonywać do końca życia, bez możliwości zmiany decyzji, byłoby to: tadadadaam -  stanie przy garach w dobrze zaopatrzonej kuchni i pichcenie dla mojej rodziny szybkich i prostych, zdrowych i smacznych dań. Sama się zdziwiłam, gdy dziś o tym pomyślałam (a ta szaleńcza myśl naszła mnie - a jakże - w trakcie gotowania obiadu). Stałabym tak nad tą swoją kuchenką, dorzucając co rusz nowe warzywa, komponując sosy, piekąc, dusząc i - od czasu do czasu - smażąc, sprawdzałabym, które przyprawy pasują najbardziej do konkretnej potrawy i próbowałabym nowych połączeń, i... Pewnie po jakimś czasie by mi się znudziło, albo rozbolałyby mnie plecy, i pewnie skończyłyby mi się pomysły, ale jak już wspomniałam, to czynność, którą wybrałabym dzisiaj. Podobno każdy ma tyle, na ile się odważy, a zatem moje szaleństwo na dziś to superprosty i szybki makaron z sosem pomidorowym, tofu, papryką, czerwoną cebulą i czosnkiem. Sekret tkwi właśnie w tym czosnku, i w wędzonej papryce, której dodałam około półtorej łyżeczki. U mnie z razowym penne. 



PS Część sosu poszła dziś do makaronu, druga część poleci jutro razem z kaszą do pudełek i dalej do pracy.
PS2 Kiedy już kończyłam pisać tego posta, przyszło mi do głowy parę innych, bardziej stosownych czynności nadających się do wykonywania przez resztę życia. Na przykład rozmowy z dzieckiem, przytulanie się do męża, czytanie książek... Co zrobić. Dziś padło na gotowanie. (Namaczam już słonecznik na słynną pastę ala twarożek. Matko...).

Do następnego! A. :)