niedziela, 12 czerwca 2016

wielki balon urodzinowych wyobrażeń, czyli...

... nie pękaj mamo! - to tylko imprezka.
Moje ostatnie dwie urodzinowe "imprezy" udało mi się przeżyć w miarę tak jak chciałam. Bardziej skromnie niż szumnie, bez cekinów, demonów, przymusów, z lodami - a jakże - czekoladowymi, i bonami na zakupy zamiast prezentów ;). Ale co tam ja. Od dwóch lat przypada mi zaszczyt obchodzenia urodzin Uli. Póki co, święto może bardziej moje, niż jej, bo wciąż nie tak odległe wspomnienia tamtego burzowego dnia, dają o sobie znać wyraźnie, i serio, sprawiają, że łzy wzruszenia cisną mi się do oczu. Ale wzruszenia wzruszeniami, a urodziny dziecka jednak urodzinami. Tak w głębi duszy wiem, jak chciałabym, żeby wyglądały, przynajmniej teraz, póki mam jeszcze coś do powiedzenia w tym temacie. I wiem, co (wydaje mi się, że) jest ważne dla dwulatka. Po pierwsze... - balony! :) A raczej milion balonów, albo przynajmniej z dwadzieścia. Chociaż, nawet jeden też daje radę :) Teraz to najlepsza zabawka ever. Balony na Uli imprezkę dmuchaliśmy i przyczepialiśmy w środku nocy, dlatego jej pierwsze słowo po przebudzeniu nie mogło być inne niż "baloooooooooon!". Radość bezcenna. Co jeszcze ważne? Rodzice. Obecność, uwaga, czas. Na naszej imprezce jeszcze dziadkowie: "babcia Osia, babcia Kisia i dziadek Aniej", a na kawkę po południu wpisała się jeszcze chrzestna. Także tak. Był oczywiście tort, było sto lat, kupiłam też SOBIE te urocze talerzyki, kubeczki w kropeczki i słodkie serwetki w groszki. Kupiłam SOBIE dla Uli sukienkę w pastelach. I było fajnie, można było się brudzić i chodzić na bosaka. Wiem, że to po naszemu, i że to do czasu. Oby jak najdłużej.







PS Mam w domu nadmuchany helem balon. I dylemat. Zlikwidować balon pod osłoną nocy i pogadać sobie głosem krasnala, czy zachować resztki przyzwoitości i nie psuć dziecku zabawki. Hasztag matkojakżyć... A.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz