czwartek, 16 czerwca 2016

panie Juul, ratuj pan!

Też tak macie? Co się pytam. Pewnie że macie... (Powiedzcie, że macie, żeby nie było mi głupio, że tylko ja tak mam...;)). Macie czasem dość radosnego zachęcania, och, ach jaka to super zabawa to wspólne zbieranie klocków, jaka to ekstra rozrywka to wyciąganie gilów, jakie to wszystko zabawne, to wspólne mycie zębów, przebieranie w piżamkę, zakładanie butów. Czasem chcecie, żeby coś po prostu było zrobione i już, albo wręcz przeciwnie - czegoś bardzo nie chcecie. Prosicie, nakazujecie, gdy trzeba mówicie "NIE", a to wszystko jak grochem o ścianę... Potem rwiecie sobie włosy z głowy, gryziecie paznokcie w obawie, że wychowacie dyktatora, albo co najmniej potwora... Aż wreszcie okazuje się, że to "NIE" i tak mówicie źle :/ Jak źle?! Przecież NIE to NIE do jasnej cholery! I tu z pomocą leci Jesper Juul. Wychwalany i ubóstwiany przez wszystkie strony, blogi, pedagogów, psychologów, ludzi którym zależy na tym, żeby nie oszaleć w tym całym rodzicielstwie, i którym szacunek i bliskość są całkiem po drodze. Może i mnie pomoże. Pozycja cieniutka, w sam raz dla matek dwulatków (bardzo życiowo - sto stron, przez które mam szansę przebrnąć, zamiast przepastnego tomiska - dzięki!). W książce ogólnie jest o tym, że "NIE" jest całkiem spoko. Jest też sporo o tym, jak zrobić, żeby było skuteczne (bez uszczerbku na godności żadnej ze stron). Lektura obowiązkowa dla tych rodziców, którzy czasem naginając się mówią "TAK", chociaż "NIE" w środeczku wyrywa się do odpowiedzi. Dla tych, którzy w ułamku sekundy muszą zważyć na szali konsekwencje obu. "NIE z miłości" - helpunku! ;)


 Do następnego, pa! A.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz