poniedziałek, 27 czerwca 2016

co tam u nas słychać.

Wspominałam parę postów temu, że chciałabym trzasnąć sobie fiolet na włosach. Pamiętacie? W tym wpisie o mnie-mamie. No to z tym fioletem...Ula mnie wyprzedziła. I nie, nie oszalałam jeszcze, nie zafundowałam dwulatce farbowania, pudru, popularnych printów czy bibułowych pasemek. To tylko nawiedziła nas zwykła, poczciwa, dobra cioteczka OSPA, z całą swoją dostojną fioletowatością. Mamy więc na głowie fioletowy blond i bite dwa tygodnie aresztu domowego. To znaczy Ula ma, bo my w sobotę śmigamy na wesele :))) Outfity już mamy prawie gotowe, i jak na mnie przystało - szału nie będzie. Kto spodziewa się świadkowych tiulów, satyn i krynolin ten się rozczaruje, nie będzie nawet wysokich obcasów, czyli tradycyjnie - po mojemu. Przełamałam się jednak tym razem, i w dniu wesela rano IDĘ DO FRYZJERA. Na czesaniu u fryzjera byłam tylko przed studniówką i swoim ślubem. Studniówka była paręnaście lat temu, i jak na tamte czasy - było nawet okej (zakładając, że żółtawe pasemka i półdługie włosy wywijane na zewnątrz to wtedy był krzyk mody). Na ślubie gładki kok i grzywka w "ząbek" też dały radę. Jakie kokodżambo uda się stworzyć tym razem z mojego klasycznego boba? Okaże się w sobotę. I tylko śni mi się po nocach wizja fryzjerskiego koszmarku, zabulonej stówki i mycia głowy po powrocie do domu. Ale może nie będzie tak źleee ;) Na szczęście makijaż robię sobie sama.

PS Poniżej próbka weselnego ałtfitu w postaci butów zamówionych w internecie (!!! - to też do mnie niepodobne). Rozchadzane codziennie od tygodnia, dziś obtarły - dziadygi. Do wesela się zagoi mam nadzieję.
PS2 Co robić przez bite dwa tygodnie z dwulatką w domu? Puzzle, ciastolina, rysowanie, bańki, książeczki plus hulajnoga po pokoju - wszystko poszło w dwa dni ;) Tylko bez żadnego malowania pliiis, i tak pół chaty trzeba będzie wywalić po tym fiolecie. Dzięki!




CMOK! A.

poniedziałek, 20 czerwca 2016

czego nie wiedziałam o dzieciach...

...zanim zostałam mamą.
Niczego - brzmi odpowiedź. I właściwie na tym mogłabym zakończyć wpis, ale chyba nikt nie lubi czytać aż tak krótkich. Oprócz tego, że nigdy wcześniej nie przewijałam żadnego dziecka, nie kąpałam, bałam się wziąć na ręce, w obawie, że coś mu połamię; unikałam rozmów z dziećmi, drżąc ze strachu przed podchwytliwymi pytaniami, które mogłyby mi zadać... Oprócz tego, nie miałam pojęcia, że dzieci...

1. ...to małe komputerki. Rejestrują wszystko, obserwują non stop (nawet jak dłubiesz w nosie myśląc, że nikt nie widzi) i zapamiętują. Wszystko po to, żeby w najwłaściwszym momencie zaskoczyć cię na przykład słowem "truskawka" (pokazując jednocześnie truskawkę - rzecz jasna ;)), albo pokazując ci język, albo wyławiając z setki srebrnych samochodów ten właściwy jeden jedyny samochód dziadka. Łał.

2. ...są mega kumate. Dawno temu (jeszcze przed naszą erą) myślałam, że do roczniaka czy dwulatka nie ma co podchodzić  z czymś więcej niż typowym "a gugu". Że prosząc "zanieś papcie na miejsce", spotkasz się co najwyżej z przytępawym spojrzeniem, bo niby skąd ma wiedzieć gdzie to "miejsce" jest. A wie. A to ci niespodzianka...

3. ...potrafią nieźle dać w kość. Wciąż czegoś chcą:  to pić, to jeść, to bawić, to na dwór, to zmienić bluzkę bo jest mokra od kropelki wody, to znowu spodnie (nie wiadomo czemu), chcą się przytulić, za sekundę każą ci iść precz, po czym obdarzają cię najsłodszym uśmiechem świata, żebyś przypadkiem nie zapomniała poczuć wyrzutów sumienia za wszystkie parszywe słowa wypowiedziane właśnie w myślach i nie-daj-Boże na głos.

4. ...nie potrzebują, by mówić do nich zdrobniale. Choć, mama da am, tylko nie dotykaj, bo to siiiiii (gorące). Zrobisz ała w paluszek, i nie stawaj na krzesełku, bo zaraz będzie bam!... Nie. Po prostu nie.

5. ....mają swoje zdanie, przeżywają emocje i warto je uszanować.

6. ...dużo płaczą, ale nigdy bez powodu. A powodem może być wszystko (począwszy od tego, że banan akurat leży w kuchni, gdy jest właśnie potrzebny w pokoju, aż po rozpacz związaną z adaptacją do żłobka).

7. ...dużo chorują. Niby karmione piersią, niby nie przegrzewane, a z wiecznym gilem i kaszlem ( i oby tylko tym...).

8. ...są całym światem, sensem życia i najpiękniejszym co może się przydarzyć.

To mówiłam ja, mama od dwóch lat - A. :)






czwartek, 16 czerwca 2016

panie Juul, ratuj pan!

Też tak macie? Co się pytam. Pewnie że macie... (Powiedzcie, że macie, żeby nie było mi głupio, że tylko ja tak mam...;)). Macie czasem dość radosnego zachęcania, och, ach jaka to super zabawa to wspólne zbieranie klocków, jaka to ekstra rozrywka to wyciąganie gilów, jakie to wszystko zabawne, to wspólne mycie zębów, przebieranie w piżamkę, zakładanie butów. Czasem chcecie, żeby coś po prostu było zrobione i już, albo wręcz przeciwnie - czegoś bardzo nie chcecie. Prosicie, nakazujecie, gdy trzeba mówicie "NIE", a to wszystko jak grochem o ścianę... Potem rwiecie sobie włosy z głowy, gryziecie paznokcie w obawie, że wychowacie dyktatora, albo co najmniej potwora... Aż wreszcie okazuje się, że to "NIE" i tak mówicie źle :/ Jak źle?! Przecież NIE to NIE do jasnej cholery! I tu z pomocą leci Jesper Juul. Wychwalany i ubóstwiany przez wszystkie strony, blogi, pedagogów, psychologów, ludzi którym zależy na tym, żeby nie oszaleć w tym całym rodzicielstwie, i którym szacunek i bliskość są całkiem po drodze. Może i mnie pomoże. Pozycja cieniutka, w sam raz dla matek dwulatków (bardzo życiowo - sto stron, przez które mam szansę przebrnąć, zamiast przepastnego tomiska - dzięki!). W książce ogólnie jest o tym, że "NIE" jest całkiem spoko. Jest też sporo o tym, jak zrobić, żeby było skuteczne (bez uszczerbku na godności żadnej ze stron). Lektura obowiązkowa dla tych rodziców, którzy czasem naginając się mówią "TAK", chociaż "NIE" w środeczku wyrywa się do odpowiedzi. Dla tych, którzy w ułamku sekundy muszą zważyć na szali konsekwencje obu. "NIE z miłości" - helpunku! ;)


 Do następnego, pa! A.

wtorek, 14 czerwca 2016

6 powodów, dla których nie lubię placów zabaw.

1. Mam takowy pod oknem. Zimą - luzik, cisza spokój itepe. Prawdziwy sajgon zaczyna się wiosną i trwa do późnego lata, a zanim minie mój kilkudniowy okres adaptacji do plemiennych okrzyków, wrzasków i gier typu "TRZY-PO-TRZY", ratuję się zamkniętym oknem, względnie apapem. 

2. Ula chce tam iść. Zawsze. Bez wyjątku. Nie ma znaczenia, czy idziemy "tylko ze śmieciami", "tylko do sklepu" albo wracamy ze żłobka na obiad. Jakaś magiczna siła kieruje jej nogami i resztą, i każe wejść na znienawidzone przez matkę terytorium. Obojętne przejście z Ulą obok placu jest możliwe tylko wtedy, gdy śpi w wózku albo na rękach. Czyli prawie nigdy.

3. Wkurzają mnie obce dzieci. Wrzeszczące, skaczące, duże, nie zważające na maluchy, albo natarczywie "chcące się bawić". Ciągnące Ulę za rękaw, przytulające, gdy ona nie chce. Mam ochotę rozszarpać. I choć na usta ciśnie mi się "wypad z baru gówniarzu!", z całych sił szukam w sobie pokładów łagodnych, ale stanowczych sposobów komunikacji...

4. Wkurzają mnie rodzice obcych dzieci. Po pierwsze - zagadują, i głupio nie odpowiedzieć. Po drugie porównują - zobacz, jaka dziewczynka jest grzeczna, nie to co ty! Widzisz jak dziewczynka zbiera zabawki? a ty? - zostawimy tu i dziewczynka sobie weźmie, nie będziesz miała jak nie chcesz zbierać. Słowem - wycierają sobie "dziewczynką" gębę tłumacząc swoją rodzicielską nieudolność i sprawiając, że dziecko już na starcie "dziewczynki" nienawidzi.  Po trzecie - urządzają sobie festiwal przechwałek - powiedz dziękuję, pokaż jaką babkę potrafisz zbudować...Help.

5. Wkurzam się sama na siebie pajacując przed rodzicami obcych dzieci, jaką to niby supermamą jestem. Jak moje dziecko czeka "ładnie" w kolejce do ślizgawki czy na konika i jak dziękuje za ustąpienie miejsca. Kiedy jednak, przy innych matkach, trzepie mnie w łeb wrzeszcząc w szale i frustracji bo NATYCHMIAST chce na huśtawkę, która akurat jest zajęta, po prostu sobie nie radzę.

6. Odwieczne, nieśmiertelne "NO NIE BĄDŹ TAKI, PODZIEL SIĘ ZABAWKAMI". Powoduje ciarki, dreszcze, i sprawia, że mam ochotę uciekać. A może on/ona nie chce się podzielić? Może najbardziej na świecie lubi tę właśnie łopatkę i boi się, że jej nigdy nie odzyska? Jak będzie chciał to się podzieli.

Coś tam by się jeszcze znalazło ;). Oczywiście, że chodzimy na plac. Najczęściej ten przyżłobkowy, albo taki pomiędzy blokami, w których mieszkają starzy ludzie. Tam zawsze jest mało dzieci :) Uf!


Do miłego następnego! A. :)

niedziela, 12 czerwca 2016

wielki balon urodzinowych wyobrażeń, czyli...

... nie pękaj mamo! - to tylko imprezka.
Moje ostatnie dwie urodzinowe "imprezy" udało mi się przeżyć w miarę tak jak chciałam. Bardziej skromnie niż szumnie, bez cekinów, demonów, przymusów, z lodami - a jakże - czekoladowymi, i bonami na zakupy zamiast prezentów ;). Ale co tam ja. Od dwóch lat przypada mi zaszczyt obchodzenia urodzin Uli. Póki co, święto może bardziej moje, niż jej, bo wciąż nie tak odległe wspomnienia tamtego burzowego dnia, dają o sobie znać wyraźnie, i serio, sprawiają, że łzy wzruszenia cisną mi się do oczu. Ale wzruszenia wzruszeniami, a urodziny dziecka jednak urodzinami. Tak w głębi duszy wiem, jak chciałabym, żeby wyglądały, przynajmniej teraz, póki mam jeszcze coś do powiedzenia w tym temacie. I wiem, co (wydaje mi się, że) jest ważne dla dwulatka. Po pierwsze... - balony! :) A raczej milion balonów, albo przynajmniej z dwadzieścia. Chociaż, nawet jeden też daje radę :) Teraz to najlepsza zabawka ever. Balony na Uli imprezkę dmuchaliśmy i przyczepialiśmy w środku nocy, dlatego jej pierwsze słowo po przebudzeniu nie mogło być inne niż "baloooooooooon!". Radość bezcenna. Co jeszcze ważne? Rodzice. Obecność, uwaga, czas. Na naszej imprezce jeszcze dziadkowie: "babcia Osia, babcia Kisia i dziadek Aniej", a na kawkę po południu wpisała się jeszcze chrzestna. Także tak. Był oczywiście tort, było sto lat, kupiłam też SOBIE te urocze talerzyki, kubeczki w kropeczki i słodkie serwetki w groszki. Kupiłam SOBIE dla Uli sukienkę w pastelach. I było fajnie, można było się brudzić i chodzić na bosaka. Wiem, że to po naszemu, i że to do czasu. Oby jak najdłużej.







PS Mam w domu nadmuchany helem balon. I dylemat. Zlikwidować balon pod osłoną nocy i pogadać sobie głosem krasnala, czy zachować resztki przyzwoitości i nie psuć dziecku zabawki. Hasztag matkojakżyć... A.

czwartek, 9 czerwca 2016

zdrowo, tanio, a dobrze...

...czyli jak jeść witaminy, całkiem smaczne witaminy i nie pójść z torbami. Trzeba zrobić kotlety. OK - wiem, że pokazywanie ludziom zdjęć tego co się je jest trochę dziwne, czasem wręcz mnie śmieszy. Zaryzykuję śmieszność, ale dziś w to wchodzę. Zgapiłam ten przepis bezczelnie z bloga Zdrowe Odżywianie. Czasem zdarza mi się ugotować coś z internetu, i najczęściej są to jednorazowe strzały. Ale jeśli gotuję coś drugi raz, znaczy, że naprawdę dało radę. Czas przygotowania - około pół godziny, do tego 25 minut pieczenia i gotowe. Koszt - nie wiem dokładnie ile, ale całkiem znośny. Wygląda jak mięso? Nie dajcie się zwieść pozorom! Oto przezarąbiste kotlety z buraka.

  


Ja trochę ten przepis zmodyfikowałam i zrezygnowałam całkowicie z czosnku, jak dla mnie bez są lepsze i "lżejsze". Do tego na przykład sałata z jogurtem, albo ostry sosik. Pycha! Nie czuć, że zdrowe ;)) A.


wtorek, 7 czerwca 2016

moje życie na krawędzi.

Usłyszałam ostatnio w jednym TAGu na youtubie takie pytanie: "jaka jest najbardziej ekstremalna rzecz, jaką zrobiłaś w życiu?". Nie pamiętam co odpowiedziała autorka filmiku. Zaczęłam się jednak zastanawiać, co ja mogłabym na to odpowiedzieć. Tadadadaaam - NIC. Taka była moja pierwsza myśl. BożeBożeBożeBożeBoże jestem taka nudna, nie zrobiłam w życiu nic godnego wybałuszenia oczu, gromkiego "łaaał", czegoś, co z gęsią skórką i wypiekami na twarzy opowiadałabym wnukom siedząc z herbatką w bujanym fotelu. Nie skoczyłam na bandżi ani ze spadochronem, moje ekstremum wysokości to zamek Chojnik, jeszcze w podstawówce. Nie pływałam z delfinami pośród fal oceanu, ba! nawet nie leciałam nigdy samolotem! Z taką bujną przeszłością nic, tylko do piachu...  - zasmuciła się lwia część mnie, żądna podziwu i konfetti.  Popłoch minął jednak siedem sekund później. I CO Z TEGO??? - wystrzeliła z kolei moja część ratunkowa. Przecież ja kocham moje nudne życie! Z całym jego spokojem i przewidywalnością, z listą zakupów, poranną wizytą na rynku i kawą plujką, w sam raz do śniadania. Z pelargonią w skrzynce, i z pobudkami: piąta zero siedem. Wrażeń i skrajnych przeżyć mam na co dzień miliard a w ekstremalnych odlotach zginęłabym marnie. I wiecie co? Idę dziś spać z mokrymi włosami. Nie wiem co będę miała rano na głowie. Taki ze mnie ryzykant ;).

Gorące uściski dla wszystkich nudnych ryzykantek, przesyłam ja, czyli A.

PS chciałam zilustrować wpis jakąś zacną foteczką, która pasowałaby do tematyki, ale żadnej adekwatnej nie posiadam :(. Na pocieszenie - foto najbardziej wysprzątanego balkonu na świecie :))) Ciao!






niedziela, 5 czerwca 2016

nie koziołek, nie biedronka...

... lecz to ja! - matka dwulatka.
Patrzę sobie na tę laurkę (wisi na lodówce). Ula zrobiła w żłobku z okazji dnia matki. Uroczo, hahahihi, dwulatka poprzyklejała coś tam na kartce jak popadnie, czym ty się matko podniecasz. A powiem Wam, że dała mi ta wyklejanka trochę do myślenia. Bo to - wypisz wymaluj - prawdziwa JA. Lecimy od góry: włos zmierzwiony, nieułożony za bardzo, i grzywka jak zwykle rozwiana wiatrem, choćbym popsikała ją toną lakieru, nie chce się trzymać cholera. O fiolecie na włosach marzę od zawsze, z braku odwagi teraz sobie nie strzelę, poczekam na swoje lata i siwiznę, starszej pani fiolet bardziej przystoi. Bluzka z dekoltem w szpic, taki mi pasuje, zarzucona tak jakoś od niechcenia. Na pewno było rano, śpieszyłam się ze śniadaniem bo to już 6:30, i pewnie byłam w kryzysie, co mam na siebie włożyć. Sukienka też na bakier - nie mogłam się zdecydować, a niech tam, założę wszystko na raz, może nikt nie zauważy, potem wsiądę do windy, obejrzę się w wielkim lustrze, i już wtedy pożałuję, że nie przemyślałam ubioru. Będzie za późno, żeby wracać i się przebierać, i tak cały dzień w znienawidzonych ciuchach. (Takich sytuacji na szczęście mam coraz mniej. Dzięki Ci Boże za bazowe tiszerty, i wiskozowe spodnie których nie trzeba prasować!). No i jeszcze szpilki, włożyłam fioletowe, ale szybko zmieniłam na sandały na płaskim.  O fioletowych szpilkach pomyślę może na starość - będą pasowały do koloru włosów :). Wokół jeszcze trochę miłości, szczęście po drugiej stronie i kwiaty na samym dole (nie wiem co to oznacza, pewnie  tak było "ładnie" :)). No i jest uśmiech, i czerwona szmina! Laurka jeszcze trochę sobie powisi, zrobi miejsce dla tej z okazji dnia taty. Trafi potem do teczki z naszymi sentymentami, żebym za parę lat znów mogła się wzruszyć. Cała ja. Mama Uli. Najbardziej zmęczona, narzekająca, marudna, drąca się, niecierpliwa, najbardziej kochająca mama na świecie. 
A.