sobota, 26 marca 2016

z jajem, bez mleka.

To nie będzie przepis kulinarny. Chciałam napisać o tym, jak bardzo nie umiem zrobić "idealnych" świąt. Jak przypaliłam babeczki do święconki, które w dodatku wyszły zakalcowate i dają surowym proszkiem do pieczenia. Jak w Wielką Sobotę, zamiast ambitnych drożdżowych bułeczek, z piekarnika wyjechała pizza, w akcie desperacji podana dziecku na obiad. Miało być o tym, że pieczony tego dnia baranek swoim wyglądem bardziej przypomina szczura, w porywach może świnię, wcale nie barana. I dużo, naprawdę dużo jeszcze by tego wymieniać. Ale wiecie co? W nosie mam to wszystko. Tak naprawdę przez ostatni tydzień, z tyłu głowy, i w górnej części pleców siedzi mi inny temat niż święta. Po niemal dwudziestu dwóch miesiącach odstawiłam Ulę od piersi. Z wielu powodów, o których nie chcę pisać. Chciałam. Po prostu. Tak mi się wydaje. I jest mi, przyznaję, teraz trochę smutno. I tak sobie myślę, dlaczego, i kurczę, naprawdę nie wiem. Może trochę z egoistycznych pobudek? Że moje małe dziecko już nie jest takie małe? Że nasza więź po prostu się rozluźnia? Że zabieram jej coś czego, być może, jeszcze potrzebuje. Smutno mi trochę i tyle, i mam też trochę wyrzutów sumienia, że może mogłam jakoś lepiej to zrobić, albo może łagodniej. Także tak. Wiem już też, jak wygląda biust po zakończeniu karmienia. I nie jest dobrze, oj nie jest. Czy zamieniłbym ten czas na piękne odpicowane nowe nienaruszone zębem laktacji cycki? Nigdy! 22 miesiące pięknej wspólnej drogi.

Mam kilka zdjęć na których karmię Ulę. Oczywiście, że nie pokażę ich na blogu. Mogę za to pokazać zdjęcia naszych świątecznych dekoracji :) Chcecie? Nie? No to Wam pokażę :)







Życzę Wam kochane czytelniczki i drodzy czytelnicy spokojnych tych świąt. Bez konieczności napuszania i się i udawania jacy to super jesteśmy ;) Wesołego jaja! A.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz