sobota, 9 stycznia 2016

wpis dla widzów o mocnych nerwach ;)

Żeby nie było że nie ostrzegałam... Kto wrażliwy niech nie czyta.
*****************************************************


 - O czym mam napisać?
 - O tym co cię wkurwia.

Ok. To piszę. Wkurwia mnie to, że nie umiem o swoim porodzie napisać bez napuszenia i pompatyczności. Bez wkurzającej mnie na blogach, forach, u dziubdziających matek mgiełki niesamowitości, uniesienia i matkoboskości kobiety rodzącej. Piszę słowo i kasuję. Wszystko zbyt piękne, lukrowane, słodkie i uniesione do zwyrzygania. Najnaturalniejsza, najbardziej oczywista czynność pod słońcem, zrobiła ze mnie ociekającego słodyczą porodowego potwora. Choć nie chciałam i się bałam, stałam się tą słodkopierdząca matką wariatką. Tą okrytą chwałą porodu siłami natury kobietą. I takie mam właśnie mieszane uczucia z tym wszystkim związane. 

Spróbuję.
Mój poród był długi i mega bolesny. Nie oszukujmy się - chciałam wtedy umrzeć. Myślałam że nie dam rady, że padnę trupem i tyle. Że moje życie skończy się gdzieś pomiędzy drabinką gimnastyczną a parapetem w łazience, albo  - o zgrozo - w okolicach kibelka. Nienawidziłam położnej, która kazała mi chodzić, a dystans od biurka do łóżka wydawał mi się nie do pokonania. Każdy kolejny skurcz zdawał się nie mieć końca i odbierał po prostu zdolność myślenia. Błagałam o cesarkę i nie wiem o co jeszcze, a o szczegółach jednak pisać nie będę.
Ale!
Było też dużo zajebistych momentów :) Pamiętam, że byłam bez śniadania. Na porodówkę pojechałam brązowym rozklekotanym wózkiem rodem z psychiatryka, bo "przecież odchodzą pani wody!!!!". Na miejscu od doktora usłyszałam "zakaz picia i jedzenia, bo może cesarka, może cośtam srośtam", a potem położna, pani Kasia - człowiek, załatwiła mi śniadanie, bo przecież muszę mieć siłę. Marzyłam o kawie z mlekiem. To moje największe porodowe marzenie. Pani salowa załatwiła mi, przyniosła, i dziękuję ci za to dobra kobieto, jeśli to kiedyś przeczytasz, to naprawdę dziękuję. Leciało radio, a my tak sobie przy tym radiu oddychaliśmy. 10 godzin oddychania, ciągle ta sama sekwencja, która chyba uratowała mi życie. Kuropatwa, kuropatewiątka, i trzy pełzakole... Nie pytajcie - grunt, że działało. Ta sama sekwencja, non stop, przez 10 godzin. I jedliśmy batony, i ogólnie było spoko, do czasu. Dziekuję pani Kasi, że powiedziała że muszę się uwinąć bo ona kończy zmianę. Podziałało jak nic innego :) Nie chciałam nikogo innego, zdążyłam do 19stej. A wtedy to już dziękuję Łukaszowi, i pani Kasi, że pozwolili się ściskać za ręce. I że światło było przygaszone, że było mało ludzi wokół, i że Ula tak długo leżała u mnie na piersi. I za kanapki, które w drodze na rooming sobie dojadałam. 

Dodam jeszcze (muszem bo się uduszem), że to było najważniejsze, najpiękniejsze, najbardziej emocjonalne doświadczenie w moim życiu i w ogóle w życiu naszej rodziny, przeżyliśmy to we trójkę i to Łukasz rozdzielił mnie z Ulą. A na zakończenie taka anegdotka - przy przecinaniu pępowiny Łukasz ciachnął 3 razy, co położna Kasia skomentowała "noo, to jeszcze 2 razy do nas wrócicie". Także tego ;)

A.

2 komentarze:

  1. Może to i rzeczywiście najnaturalniejsze wydarzenie na świecie... i może można, a może trzeba by bez tej pompatyczności i okrycia chwałą porodu.... ale kurde no! Czy to nie jest przypadkiem dzieło Twojego życia? Czy przypadkiem to nie jest za razem najważniejsza i najtrudniejsza rzecz, jakiej udało Ci się dokonać?
    Możesz się puszyć, chwalić i uważać, że jesteś dzięki temu najzajebistsza na świecie :)
    I wcale to nie jest dziwne, że ciężko pisać o porodzie w inny sposób. W jakiś taki rzeczowy i w ogóle... no bo nie napiszesz o tym jak o wyjściu do warzywniaka przecież.

    Aczkolwiek - gratulacje, bo jednak w dużej mierze Ci się udało ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1) oczywiście, że jestem najzajebistsza :);
      2) w obliczu wychowania dobrego, uczciwego, pewnego siebie człowieka poród wydaje mi się czasem pikusiem ;))

      Usuń