środa, 29 lipca 2015

prawda.

Jestem fanką Perfekcyjnej Pani Domu. Pierwsze trzy sezony znam praktycznie na pamięć, ostatni jest jeszcze do nadrobienia. Najbardziej lubię ten fragment programu, w którym Perfekcyjna siada z uczestniczkami na kanapie i ogląda filmy z ich domów. Uwielbiam oglądać ten niewyobrażalny syf w domach innych ludzi. Im większy - tym lepiej, tym milej się ogląda. Zazwyczaj myślę sobie wtedy coś w stylu: "jak można tak zapuścić chatę?" oraz "po kiego grzyba iść z tym do telewizji?". I im bardziej tym biednym ludziom jest wstyd za swoją nieudolność, tym ja czuję się lepiej. Że jestem taka super. Nie jestem. Fakt - lubię mieć czysto. Ale mój dom lśni czystością tylko od święta. Teraz na przykład siedzę na kanapie, piszę tego posta, a w salono/kuchni syf jakich mało. Ulka przebudza się i płacze, ale udaję że nie słyszę. Talerz brudny od ciasta stoi na stoliku i nie chce mi się go wynieść i włożyć do zmywarki. A nie, przecież zmywarka pełna, nie chce mi się rozpakować. Ula wciąż płacze - idę. Po drodze kopnę tylko grzechotkę, gumową kaczkę i śpiewającą małpę, bo przecież zabawki niepozbierane. A miałam pomysł, żeby zbierać, bo się dziecko nie nauczy, jak nie zobaczy że rodzice zbierają (tak mówi Perfekcyjna)..Dobra olać to, zaraz sprzątnę, tylko dokończę post. I zrobię mizerię, żeby mąż miał do obiadu. To żadna złośliwość - no, może trochę... W kuchni gniją jabłka, ręczniki mokną na balkonie, I nie mogę się ruszyć - czy to z lenistwa, czy to ze zmęczenia. I teraz już bym współczuła tym wszystkim matkom, żonom sfrustrowanym, zniechęconym, w tych domach przebrzydłych i brudnych. Co marzą o czystej podłodze, czystym oknie, bo wydaje im się, że tylko tak mogą oddychać. I tak będzie, jutro sprzątnę na błysk i odetchnę z ulgą (może nie tak wielką, bo w plecach coś łupie). I przekonam się, że najgłębszy oddech biorę jednak wtedy, kiedy dziecko zarzuca mi ręce na szyję, kiedy mówi ma-ma pierdyliard tysięczny dziś raz, tuli się i wpycha mi palec do nosa, bo tak jest przecież zabawnie. I zrobię porządek w jej ubraniach, chociaż tysiąc razy bardziej lubię porządkować swoje. A za pół godziny znowu będzie syfioza. Jak komuś to nie przeszkadza - zapraszam na kawę  - nie obiecuję, że będą ciasteczka. ;)

A.

środa, 8 lipca 2015

szyję i żyję.

Ej, serio, zawzięłam się. Chce mi się szyć! I żyć też :). Mam wrażenie, że na to szycie nie mam czasu i wystarczających umiejętności. To drugie da się ogarnąć z czasem, ale z ogarnięciem czasu będzie trochę gorzej. Ale Ula mnie motywuje. Niedługo będzie potrzebowała worka na kapcie i piżamkę do żłobka. Zrobię jej śliczny worek na kapcie :). Póki co przymierzam się:
















No, i w sumie na razie tyle udało mi się uszyć. Poza tym kontempluję lipiec. Już nigdy nie będzie drugiego takiego samego, kiedy ja na 100% jestem dla Uli, kiedy jest tak ciepło, i ona taka kumata, i my tak sobie razem na te swoje spacerki po deptaku, nieśpiesznie oglądamy fontannę, oglądamy pieski, patrzymy sobie i chodzimy. Fajnie jest i już się taki nie powtórzy. Kocham ten lipiec, serio.

Do następnego - A. :)