sobota, 28 marca 2015

10!

I dziś niespodziewanie pyknęła nam dyszka. Od dziesięciu miesięcy jestem mamą :). Coś jak rok szkolny. I ja w tym czasie nauczyłam się mnóstwa nowych rzeczy, również o sobie.

Po pierwsze - w tym całym łańcuchu pokarmowym najważniejsza jestem JA :) (sorry dziecko, sorry mąż). I jeśli mi nie wystarczy miłości do samej siebie to nie wystarczy jej już dla nikogo innego. Dbałość o siebie to podstawa podstaw;

Po drugie - w ramach tej dbałości o siebie... na pierwszym miejscu są ucieczki z domu. Cotygodniowe samotne wypady do kina, syfiaste przekąski podczas seansów i włóczenie się po focusie to jak balsam dla mojej duszy (bo dla ciała niekoniecznie);

Po trzecie - co do ciała... kawka na kanapie z kompem na kolanach jest wyżej w hierarchii niż kąpiel w wannie. Bądźmy szczerzy - wolę chodzić z lekko przytłustym włosem i wyciągnąć nogi na sofie, niż marnować drzemkę Uli (czyt. czas wolny; okienko), na coś, co równie dobrze mogę robić w nocy (no...kawy w nocy raczej się nie napiję, a fejsbuk przy zamykającym się oku - też jakoś średnio);

Po czwarte - estetyka otoczenia... ok, jak na moje możliwości i tak spuściłam sporo z tonu; walających się zabawek nawet nie zauważam, nie powiem też, że można jeść z podłogi (choć Ula czasem je... ale nie polecam ;), reszta bez zmian, nadal latam ze ścierą;

Po piąte - to naprawdę super sprawa być rodzicem (to też zdanie Łukasza), a początkowe trudności to głównie strach, wszystko nowe i nieznane; teraz rozczula mnie widok takich małych parotygodniowych berbeciów, i trochę nie mogę uwierzyć, a co gorsza - przypomnieć sobie, że Ula dopiero co też była taka malutka;

Po szóste - nie zmienił się mój stosunek do dzieci - swoje kocham nad życie, kilkoro znajomych nawet lubię, a reszta może dla mnie nie istnieć - "obce" dzieci są fajne, ale tylko z daleka ;)

(Tu chciałam wkleić jakieś stosowne zdjęcie, ale ponieważ jestem ignorantką i lebiegą techniczną, to nie potrafię zrzucić zdjęć z telefonu, bo nie widać ich na karcie. hmm)

PS jest i zdjęcie, a nawet dwa (mąż wrócił z pracy i pomógł z tym aparatem ;)) - tak a propos porządków -  Ula porządkuje za kanapą swoje za duże ubrania:




Do następnego! - A. :)

środa, 18 marca 2015

Trzy miesiące z BLW.

Dałabym sobie rękę uciąć, że od początków rozszerzania diety Uli upłynęło więcej czasu, do tego wpisu zabrałam się z myślą, że minęły już cztery miesiące (z matmy miałam zazwyczaj "trzy z dwoma" ale chyba dobrze liczę...), ale nie - od połowy grudnia do połowy marca - jak nic TRZY :). Ok, lubię trójkę, więc post o jedzeniu będzie teraz. Jeśli potrzebujecie inspiracji itp., to zapraszam do czytania a po informacje jak się do całości zabrać, odsyłam przede wszystkim do książki Gill Rapley.

PLUSY tej metody rozszerzania diety, które zauważam i bardzo ale to bardzo sobie cenię:

- nasze dziecko mając 9,5 mca je już praktycznie wszystko to co my (poza różnymi niegodziwościami jak słodycze, frytki z maca, itp...), a co za tym idzie, nie muszę przygotowywać osobnych potraw dla niej i dla nas (pod koniec gotowania odbieram do osobnego garnka porcję dla Uli a naszą dosalam);

- my jemy zdrowiej - ponieważ nie chce mi się gotować makaronów, ryżu, ziemniaków itp w dwóch osobnych garnkach dla niej i dla nas, po prostu zrezygnowałam z dosypywania soli do wody, wbrew pozorom warzywa bez soli też mają smak ;), jemy też więcej warzyw, kasz itp.;

- śniadania i obiadokolacje jemy (prawie codziennie z małymi wyjątkami) wspólnie całą rodziną, nikt nikogo nie karmi, więc każdy ma ciepłe na talerzu, każdy zajmuje się swoim jedzeniem i jest to bardzo plusowaty plus;
- Ula poznała już całe mnóstwo smaków, zapachów jedzenia, konsystencji potraw - może je dotykać i sprawdzać do woli - mam nadzieję że dzięki temu w przyszłości nie będzie bała się warzyw, owoców i innych "witaminek"

- od małego gryzie jedzenie wyrabiając sobie aparat mowy

- wyrabia sobie własny gust dotyczący jedzenia, może decydować o tym co i ile je, my dajemy jej wybór

MINUSY tej metody, które - owszem - są (chociaż nieliczne):

- bałagan to mało - wszechogarniający syf w trakcie posiłków, niechęć dziecka do śliniaków (wciąż szukam lepszych, mniej wkurzających...), strzelające łyżki, doszczętnie rozciapane i rozsmarowane wszystko co znajdzie się na tacy - to sprawia, że BLW to - przynajmniej na początku -  sport do uprawiania raczej w domowym zaciszu, wymagający sporej cierpliwości (mi jej czasem brakuje, ale wtedy ratuję się książką gdzie jest napisane, że to wszystko przejściowe i przypominam sobie o plusach :));

- kwestia zakrztuszenia/zadławienia - to stres na początku, ale jak pokazuje doświadczenie, dziecko z zakrztuszeniem samo świetnie sobie radzi - grunt to NIE PANIKOWAĆ - bo się niepotrzebnie przestraszy; po prostu nie należy zostawiać dziecka samego podczas jedzenia i trzeba pilnować, żeby jadło siedząc prosto;


PLUSOMINUS, który nie wiem właściwie do której grupy przyporządkować, bo mam w związku z nim mieszane uczucia:

- kwestia zaufania dziecku, że samo najlepiej wie, ile ma zjeść, że nie jest głodne, i wie czego jego organizm najbardziej potrzebuje - mam dość dużą potrzebę kontroli sytuacji, która daje mi poczucie bezpieczeństwa, no i przede wszystkim nie chcę zagłodzić własnego dziecka :) w BLW nie ma kontroli nad ilością - Ula zjada tyle, ile jej się podoba i nie ma opcji żeby ją nakarmić/zmusić do czegokolwiek - na początku trudno było mi się z tym pogodzić, ale po czasie wydaje mi się to wszystko naturalne i logiczne - wyrosła na mleku mamy, nie znając butelkowych podziałek, sama przystawia się do piersi i kończy posiłek gdy jest najedzona, ja nie mam bladego pojęcia ile tak naprawdę wypija tego mleka, więc dlaczego ze stałymi posiłkami miałoby być inaczej? ufam jej, że zjada tyle, ile potrzebuje, czasem jest to całe mnóstwo, czasem tylko odrobina, ale tak naprawdę nie wiem ile tego jedzenia wpada jej do brzucha - skoro jest radosna i nie wygląda na zagłodzoną, to wierzę, że odpowiednia ilość :)



Na zdjęciu obiad - penne z brokułowym pesto :)

PS przypominam, że nie jestem dietetykiem ani lekarzem, a powyższe spostrzeżenia dotyczą tylko moich doświadczeń, dlatego nie można ich traktować jako fachowej porady żywieniowej;

PS2 ponieważ BLW to też bardzo fajne wyzwanie kulinarne, być może niedługo pojawią się przepisy na proste, szybkie i zdrowe posiłki dla całej rodziny, które często wymyślam w biegu :);

Do miłego następnego! A.

niedziela, 1 marca 2015

ulubieńcy lutego #2

Z "jutra" zrobiło się "pojutrze" czyli "dziś". Nieważne :). Ważne, że jest, wpis o niekosmetycznych ulubieńcach lutego - tadam!

 - moja capsule wardrobe - ubieranie się na jakąkolwiek okazję nigdy wcześniej nie było tak proste i bezstresowe, polecam wszystkim którzy nienawidzą godzinami wgapiać się w zawartość szafy; moja zimowa garderoba tutaj, a już niebawem pojawi się wiosenna :)

 - książka "Bobas lubi wybór" autorstwa Gill Rapley i  Tracey Murkett (wyd. Mamania) - mój absolutny niezbędnik w tym miesiącu, źródło wiedzy i porad na temat tego sposobu (BLW) wprowadzania stałych pokarmów do diety niemowlęcia; w sytuacjach kryzysowych również pocieszenie dla zdruzgotanej matki dziecka urządzającego protest na jedzenie niemal wszystkiego prócz jabłek i moreli :)

 - wygodna torebka (kupiona w sierpniu zeszłego roku w) - w lutym była ze mną non stop, i na codziennych zakupach w tesco, i na wieczornym "firmowym" wyjściu, i na walentynkowym weselu; mega uniwersalna, meega pojemna (pomieści zestaw do przewijania, stos zabawek, kilka gryzaków i moją kosmetyczkę z niezbędnymi pierdołami, (o której poniżej); jak dla mnie to zakup minionego roku.

 - kosmetyczka do torebki - kupiona w zeszłym roku pod wpływem impulsu, nareszcie znalazła swoje przeznaczenie. Ponieważ nie używam obecnie porfela, tylko małej lekkiej portmonetki, cała "portfelowa" zawartość walała się luźno po torebce, lub znajdowała się zamknięta w (o zgrozo) przezroczystym worku strunowym z ikei (swoją drogą te woreczki uwielbiam). Słabo się to prezentowało choćby przy kasie w sklepie, ale już po problemie. Wszystko elegancko w jednej kosmetyczce, i chusteczki, klucze i inne duperele wreszcie znalazły swoje miejsce. Czemu tak późno na to wpadłam?
- czarne szpilki (5th Avenue z Deichmanna)- wstyd się przyznać, chyba od studniówki (aż się boję liczyć ile to lat), nie miałam na nogach szpilek; w ogóle jestem fanką płaskich kłapciaków, balerinek, mokasynów i tym podobnych, ale przyszła pora i na mnie - w walentynki wybieraliśmy się na wesele znajomych, więc dzień (!) wcześniej zakupiłam upatrzoną wcześniej czarną klasyczną śliczną parę; wysokość może nie jest jakaś powalająca, chodzenia w nich nauczyłam się jeszcze w piątek wieczorem ("najważniejsze to prostować kolana" - poszłam za radą przyjaciółki) i w nowych szpileczkach przetańczyłam całe wesele; są śliczne i bardzo wygodne.
- czesanka i filcowanie - nowa zajawka o której możecie poczytać tutaj, chciałabym mieć wieczorami trochę więcej energii...

Do następnego! - A. :)