środa, 4 lutego 2015

im mniej tym lepiej.

Nie mogę nazwać się minimalistką. Mam mnóstwo rzeczy - kosmetyków, zbieraczy kurzu na szafkach, ściereczek, serwetek, przydasiów, talerzyków i innych zupełnie niepotrzebnych przedmiotów. Ale! Ten nadmiar zaczął mi już przeszkadzać. Odkąd mam Ulę trochę się zmieniam. Mimo ogólnego lekkiego nieogaru widzę światełko w tunelu i szansę na złapanie (szumnie brzmiącej) "wewnętrznej harmonii". Ogólnie chodzi o to, że chcę zaprowadzić prządki w środku, a do tego potrzebuję jako takiego ładu i przestrzeni wokół. Przechodząc do sedna - zaczęłam - pewnie długotrwały - proces pozbywania się rzeczy. Na początek szafa - dla mnie najłatwiejsze, bo nigdy nie lubiłam mieć nie wiadomo ilu ubrań. Przeszłam co prawda kilka etapów pt. "kupuję ile wlezie" (np. fascynacja lumpeksami, wyprzedażami w sieciówkach itp), ale myślę, że to już za mną. Żeby było jasne, nie mam nic do lumpeksów i sieciówek - wręcz przeciwnie, tam głównie zaopatruję się w ciuchy, chodzi mi tylko o to, że nie kupuję już bez opamiętania "bo jest", "bo jest ładne", "bo jest tanie", "bo ma fajny kolor", "bo może kiedyś mi się przyda", a tak naprawdę wcale tego nie potrzebuję. Po rozum do głowy poszłam gdy natrafiłam jakiś czas temu na bloga Caroline, dziewczyny z Teksasu, która zainspirowała mnie do rozsądnego zorganizowania swojej garderoby. Odkąd parę tygodni temu zrobiłam czystki w swojej szafie podchodząc bardzo krytycznie do WSZYSTKIEGO co się w niej znajduje, nie modlę się przed szafą jak to bywało wcześniej, gdy mimo posiadania kilkudziesięciu t-shirtów i nie-wiem-ilu spodni nie miałam w co się ubrać do pracy/na wieczór/na spacer itp. Zawsze mierził mnie nadmiar ubrań na półkach, ale nigdy nie odważyłam się oddać/wyrzucić tego co jest jeszcze dobre, w miarę modne, niezniszczone, choć kompletnie do mnie nie pasujące, czego po prostu nie chciało mi się zakładać. Teraz nastąpił ten moment, i za radą Caroline postanowiłam podzielić sobie garderobę na cztery pory roku. Zaczęłam - wiadomo - od zimy, na resztę przyjdzie czas wkrótce. W tej chwili moja zimowa szafa liczy 41 ubrań, łącznie z kurtkami, ale nie licząc butów, bielizny i dodatków. Wszystko założyłabym z przyjemnością, wszystko do siebie pasuje, i chyba jako tako definiuje mój styl. 41 rzeczy to tyle ile w tej chwili mi potrzeba, nie mniej, nie więcej. Biorę pod uwagę to, że nie chodzę teraz do pracy, chociaż tak naprawdę w mojej firmie dress code nie obowiązuje i mogłabym te rzeczy spokojnie zakładać również pracując.
Na koniec foty. Tak - udało mi się sfotografować całą zawartość mojej zimowej szafy, i nie zajęło mi to więcej niż 15 minut, łącznie z przygotowaniem scenografii ;) (dzięki Ci Boże za niemowlęce drzemki!):

Żeby nie było tak słodko - mam kilka "grzeszków" na sumieniu. Grzeszki wiszą na oddzielnym wieszaku, lub leżą schowane w pojemniku pod łóżkiem i czekają do końca sezonu. Nie wiem na co, bo wiem, że i tak ich nie włożę, ale jak nabiorą mocy urzędowej to je oddam :). 
PS jeśli ktoś potrzebuje motywacji do rozsądnej organizacji szafy - proszę się zgłaszać. Mimo, że nie był to dla mnie aż tak trudny krok, i tak zabierałam się do tego jak pies do jeża, ale już teraz wiem, że było warto! Ważne też, by nie traktować tego jako wewnętrzny przymus, ale jako coś, co pozwoli oczyścić atmosferę i ułatwi życie.
Pozdrawiam i do następnego :). A.





3 komentarze:

  1. Podziwiam ;) Mi by się przydała taka motywacja, bo szafy pękają w szwach a i kilka kartonów jest u babci schowanych w szafie ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Będzie więcej wpisów na ten temat. Jeśli nadmiar zaczyna przeszkadzać, to i siła do zrobienia porządków się znajdzie! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. To prawda, ja wolę też mieć mniej rzeczy,a przynajmniej w nich chodzić, niż mieć dużo, a chodzić tylko w wybranych.

    OdpowiedzUsuń