czwartek, 26 lutego 2015

top of the tops (czyli moja osobista piątka kłopotliwych pytań i komentarzy z którymi zmagam się jako mama niemowlęcia ;) )

Każda ma swoją piątkę, mam i ja :) Kto się obrazi ten trąba ;p

1. "Jeszcze karmisz? To długo."/ "Masz jeszcze pokarm?"/ "To twoje mleko już takie cienkie..."/ "Co to jest, takie mleko dla takiej dużej dziewczynki"/ "MUSISZ już powoli ją odzwyczajać od piersi".  - to ja tak tylko na szybko: a) Światowa Organizacja Zdrowia zaleca wyłączne karmienie piersią do 6tego miesiąca życia i rekomenduje karmienie do drugiego roku życia lub dłużej jeśli mama i dziecko wyrażają ochotę. Nie wiem jak będzie u nas, póki co jest dobrze i fajnie i żadna z nas nie protestuje ;) b) nie ma czegoś takiego jak "brak pokarmu" i "cienkie mleko/ słaby pokarm"; tu popyt rodzi podaż i pokarm wytwarza się na bieżąco gdy dziecko ssie, jest go tyle, ile bobas wypija - proste; mleko matki jest tak samo wartościowe przez cały okres karmienia piersią, niezależnie od wieku dziecka, mało tego, dostosowuje się do potrzeb dziecka, pór dnia, pór roku itp. (i Ula taka fajna papuśna na tym "cienkim" mleku wyrosła :))

2. "Nie noś/ nie kołysz bo się przyzwyczai" - nic to, że noszenie i kołysanie było jedynym i  oczywistym stanem zanim jeszcze pojawiła się na świecie; my jesteśmy chustowe i meitaiowe, więc w przestrzeń publiczną wypuszczamy się niekiedy bez wózka, nosząc i kołysząc. I wtedyyy... spotykamy się zazwyczaj z życzliwymi spojrzeniami! Ale są też te pełne troski: co ja zrobię jak dziecko nie będzie chciało iść tylko się na mnie uwiesi, że będę musiała ciągle bujać i bujać, że nie zdejmę jej z rąk i takie tam różne. Fakt, nie przemyślałam tego, że może będę MUSIAŁĄ nosić całkiem już wyrośniętą 18stkę, bo - nie daj Boże, jeszcze się dziecko do własnej matki przyzwyczai... ;)

3. "Nie dajesz jej papek?!"/ "zmiksuj, rozgnieć widelcem"/ "podajesz pół żółtka co drugi dzień"?/ "skończyłaś już ekspozycję na gluten"?/ "dajesz jej zeskrobane jabłuszko?" itp, itd :) - odpowiedź brzmi - nie. i zazwyczaj czuję się głupio i palę buraka przy koleżankach z bloku co idą zgodnie ze schematami, bo mi się za bardzo nie chce tłumaczyć, że my to raczej wszystko w kawałkach, że płatki gotowane ona sobie ręką albo sama łyżką czy widelcem, że jajo całe jak mi się przypomni, a mięsko to w ramach pulpeta lub chińszczyzny, a na gluten eksponuje się wcinając bułę. chyba po prostu nie chcę mieć łatki z napisem "dziwna" :)

4. "To ona jeszcze nie przesypia całej nocy?!" - a nie widać po mnie? ;) standardowo mamy 4 pobudki na jedzenie i... nie jest to nic dziwnego. Piersiowe dzieci budzą się w nocy kilkakrotnie, bo mleko mamy jest o wiele lżej strawne niż mleko modyfikowane, a zatem, potrzeba kilku porcji więcej w ciągu nocy. I dobrze! Bo to nocne bardziej bogate w supersubstancje no i "tłustsze" niż w dzień :) ps nie żebym nieraz tych pobudek nie przeklinała, ale niech ujemne plusy nie przesłonią nam dodatnich ;)

5. "Ile ona zjada?" - zabijcie mnie - nie mam pojęcia! niestety (albo i na szczęście) nie mam w piersi podziałki i panna racje żywieniowe wydziela sobie sama; ze stałymi posiłkami to też różnie, bo większość nadal ląduje na podłodze, a ile zjada faktycznie? - w sumie mnóstwo! - kanapki, pupleciki, warzywka, makaron z pesto, jakbłuszka, pasty jajeczne, suszone owoce,płatki,... :)

PS tak od czapy: Ula kończy lada dzień 9 mcy. Na zewnątrz jest już tak długo, jak długo była w środku. To dla mnie taka magiczna granica, której nadejścia się trochę bałam, bo ona jest już naprawdę "dorosłym" bobasem.  Nie chcę żeby dni tak szybko płynęły...

;) A.

piątek, 20 lutego 2015

na szybko.

Na szybko wrzucam dwa nowe misie których jeszcze nie pokazywałam:
Na szybko mówię co tam u nas słychać:
 - Ula sama stoi w łóżeczku i za tydzień kończy 9 miesięcy, a ja nie wiem kiedy zostałam mamą takiego całkiem już dużego bobasa
 - dni pędzą mi jak szalone, nie ogarniam dni tygodnia, i nie pytajcie mnie jaka dziś data - nie mam bladego pojęcia - niby fajnie, ale chyba wolałabym odnaleźć się jakoś w rzeczywistości
 - walentynkowo-weselne wychodne okazało się całkiem spoko imprezą
 - marzę o żelazku do pionowego prasowania ubrań, wyjściu do kina, i o szarej rozkloszowanej spódnicy z dresowego materiału którą widziałam na rynku
 - po zimowym wietrzeniu szafy mam kilka ubrań za zbyciu, przejrzę jeszcze wiosenne i w planach mam małą blogową wyprzedaż
 - odważyłam się wrzucić Ulę na plecy i całkiem nam z tym dobrze :)
 - BLW wkroczyło w fazę "nie jem i koniec, ale całkiem sprawnie zrzucam WSZYSTKO na podłogę" (doświadczone koleżanki - błagam, wesprzyjcie słowem, że to przez zęby, że to chwilowe, że skok rozwojowy, że minie - bo oszaleję...)
 - i - nie - NIE SIEDZĘ w domu. w ogóle mało siedzę. najczęściej chodzę: na czworaka, na spacer, na zakupy, na szczepienie, znowu na spacer, i zdarzy się, że na kawę do koleżanki też, lub stoję: przy garach, w kolejce, w innej kolejce, z dzieckiem na rekach przy oknie, z dzieckiem na rękach przy lustrze, i w ogóle z dzieckiem na rękach lub w chuście, ewentualnie dziecię zbieram z podłogi, ganiam po tej podłodze bo mi ucieka, alba wsadza place do przedłużacza (na szczęście odłączonego) i prawdę mówiąc nogi włażą mi w d. 
 - i  - nie - NIE NARZEKAM ;) - czasem się tylko pożalę, otrzepię z kurzu i śmigam dalej

niebawem wracam - pozdrowionka - A. :)



środa, 4 lutego 2015

im mniej tym lepiej.

Nie mogę nazwać się minimalistką. Mam mnóstwo rzeczy - kosmetyków, zbieraczy kurzu na szafkach, ściereczek, serwetek, przydasiów, talerzyków i innych zupełnie niepotrzebnych przedmiotów. Ale! Ten nadmiar zaczął mi już przeszkadzać. Odkąd mam Ulę trochę się zmieniam. Mimo ogólnego lekkiego nieogaru widzę światełko w tunelu i szansę na złapanie (szumnie brzmiącej) "wewnętrznej harmonii". Ogólnie chodzi o to, że chcę zaprowadzić prządki w środku, a do tego potrzebuję jako takiego ładu i przestrzeni wokół. Przechodząc do sedna - zaczęłam - pewnie długotrwały - proces pozbywania się rzeczy. Na początek szafa - dla mnie najłatwiejsze, bo nigdy nie lubiłam mieć nie wiadomo ilu ubrań. Przeszłam co prawda kilka etapów pt. "kupuję ile wlezie" (np. fascynacja lumpeksami, wyprzedażami w sieciówkach itp), ale myślę, że to już za mną. Żeby było jasne, nie mam nic do lumpeksów i sieciówek - wręcz przeciwnie, tam głównie zaopatruję się w ciuchy, chodzi mi tylko o to, że nie kupuję już bez opamiętania "bo jest", "bo jest ładne", "bo jest tanie", "bo ma fajny kolor", "bo może kiedyś mi się przyda", a tak naprawdę wcale tego nie potrzebuję. Po rozum do głowy poszłam gdy natrafiłam jakiś czas temu na bloga Caroline, dziewczyny z Teksasu, która zainspirowała mnie do rozsądnego zorganizowania swojej garderoby. Odkąd parę tygodni temu zrobiłam czystki w swojej szafie podchodząc bardzo krytycznie do WSZYSTKIEGO co się w niej znajduje, nie modlę się przed szafą jak to bywało wcześniej, gdy mimo posiadania kilkudziesięciu t-shirtów i nie-wiem-ilu spodni nie miałam w co się ubrać do pracy/na wieczór/na spacer itp. Zawsze mierził mnie nadmiar ubrań na półkach, ale nigdy nie odważyłam się oddać/wyrzucić tego co jest jeszcze dobre, w miarę modne, niezniszczone, choć kompletnie do mnie nie pasujące, czego po prostu nie chciało mi się zakładać. Teraz nastąpił ten moment, i za radą Caroline postanowiłam podzielić sobie garderobę na cztery pory roku. Zaczęłam - wiadomo - od zimy, na resztę przyjdzie czas wkrótce. W tej chwili moja zimowa szafa liczy 41 ubrań, łącznie z kurtkami, ale nie licząc butów, bielizny i dodatków. Wszystko założyłabym z przyjemnością, wszystko do siebie pasuje, i chyba jako tako definiuje mój styl. 41 rzeczy to tyle ile w tej chwili mi potrzeba, nie mniej, nie więcej. Biorę pod uwagę to, że nie chodzę teraz do pracy, chociaż tak naprawdę w mojej firmie dress code nie obowiązuje i mogłabym te rzeczy spokojnie zakładać również pracując.
Na koniec foty. Tak - udało mi się sfotografować całą zawartość mojej zimowej szafy, i nie zajęło mi to więcej niż 15 minut, łącznie z przygotowaniem scenografii ;) (dzięki Ci Boże za niemowlęce drzemki!):

Żeby nie było tak słodko - mam kilka "grzeszków" na sumieniu. Grzeszki wiszą na oddzielnym wieszaku, lub leżą schowane w pojemniku pod łóżkiem i czekają do końca sezonu. Nie wiem na co, bo wiem, że i tak ich nie włożę, ale jak nabiorą mocy urzędowej to je oddam :). 
PS jeśli ktoś potrzebuje motywacji do rozsądnej organizacji szafy - proszę się zgłaszać. Mimo, że nie był to dla mnie aż tak trudny krok, i tak zabierałam się do tego jak pies do jeża, ale już teraz wiem, że było warto! Ważne też, by nie traktować tego jako wewnętrzny przymus, ale jako coś, co pozwoli oczyścić atmosferę i ułatwi życie.
Pozdrawiam i do następnego :). A.