piątek, 11 grudnia 2015

w tym szaleństwie coś tam coś tam...

Czasami sobie myślę jak to jest, że jeszcze nie zwariowałam...

A może właśnie już zwariowałam, i dlatego jeszcze żyję? Wiem, że pokazywanie mojego prywatnego syfu na blogu może być ryzykownym posunięciem. Ale:
a) skłoniła mnie to tego jedna dzisiejsza rozmowa :)
b) wiem, że wchodzą na tego bloga matki (one zrozumieją) i nie matki (one przymkną oko ;) )
c) jeśli zagląda tu nie-daj-Boże jakaś opieka społeczna... -  tak naprawdę to to jest porządeczek. podłoga czysta, gdzieś z tydzień temu odkurzałam (wzięłam na tę okazję nawet specjalnie urlop, odkurzone również za kanapą), podłoga umyta też gdzieś tydzień temu, po prostu rzeczy są porozwalane i tyle, wystarczy pozbierać
d) nie stać mnie na tę chwilę na jakieś szykowniejsze dekoracje, dawno nie było żadnego konkretnego wpisu, do świąt jeszcze tyyle czasu (wtedy wykadruję jakoś estetycznie fotkę z choinką, żeby było porządnie jak na blogu)
e) co tam jeszcze u nas? A było dziś fajne cyckowe spotkanie, znowu dużo matek tak samo padniętych wykończonych, wymiętych, aż się człowiek lepiej poczuje jak zobaczy że inni też tak mają, ale staramy się, niemal wszystkie wymakijażowane i tak dalej, jest więc może dla nas nadzieja :))
f) ponoć ładnie wyglądam jak na zmęczoną matkę polkę -  a dziękuję - staram się co rano, po piątej łazienka cała moja i nawet z dziesięć do piętnastu minut uda mi się w samotności posiedzieć

Mam nadzieję że fanki/ni mojego narzekactwa nie czują się rozczarowani (też za Wami tęskniłam!) ;))).

Do następnego - A.

wtorek, 1 grudnia 2015

specjały.

Na Święta - wiadomo - wszystko co najlepsze. Na przykład karp duszony. W reklamówce. Z jednego z zielonogórskich supermarketów. Podskakujący smętnie, zasysający sobie ten plastik czy poliester. Nie dokonał żywota za czarną kurtyną (może pan/i kurtynowy/a miał/a na drugą zmianę). Skończył po cichu w reklamówce. A mi jak tej rybie zabrakło głosu. :(

Ludzie nie wkładajcie żywych ryb do reklamówek. Dziękuję.
A.

piątek, 18 września 2015

lato było wyjątkowo piękne tego roku.

Ej, wiecie, że dziś jest ostatni piątek lata? Nie powinnam tego pisać...? Ale moje słowa i tak nic nie zmienią :) i tak przyjdzie jesień, wszystkich świętych, listopad, i Boże Narodzenie. A po drodze całe mnóstwo tych fajnych momentów o których myśli się myśląc o jesieni i zimie. Szuranie nogami w liściach, ciepły koc, gładki kasztan w kieszeni, grzyby, i gorące herbatki aż do posikania. Ok, trochę się zagalopowałam. Lato. Dziś ostatni weekend lata :). Jakie było? W sumie w większości przekiszone w domu z powodu upałów, trochę przekiszone u "dziadków" (PS też tak macie, że odkąd jest dziecko w domu, to osoby z waszego otoczenia nazywacie funkcjami w odniesieniu do dziecka właśnie?) -  z działkowaniem i  Niesulicami w pakiecie :), i z "momentami" z koleżankami (dzięki dziewczyny za biforek u Magdy, wspólne kino, rzucanie popcornem, imprezę na którą nie chciałam iść, a na której wybawiłam się za ostatnie parę lat, dzięki Emila za wspólne POMy po mieście w już  trochę większym składzie, i za wizytę u Ewy, dzięki Kama za czereśnie, Ola - za odwiedziny,  i Julita za mamowe spotkania - to wszystko było naprawdę super :)). Tego lata tradycyjnie zestarzałam się o rok, i wreszcie zaczynam się ze sobą naprawdę dobrze czuć. Wciąż drażni mnie buractwo i ludzka agresja, ale szybciej niż kiedyś potrafię otrzepać się z kurzu, gdy spotkam taką pastewną bulwę na swojej drodze. Tego lata ścięłam włosy zapuszczane nie tak długo, bo ze 4 lata, i wróciłam do pracy po bardzo długiej przerwie - roku i pięciu miesiącach. Fajne było to lato. A u nas ostatnio tak: :))











 Do następnego! :) A.








środa, 12 sierpnia 2015

Sierpniowe noce są takie gorące...

...więc trzeba podgrzać je bardziej włączając piekarnik... (?!?). Gdy ledwo dyszysz, pot leje ci się po piętach, masz ochotę schować się w lodówce, ale nie możesz, bo z lodówki wysypują się maliny i borówki, to znak, że trzeba upiec tartę. ;) Przepis na spód wzięłam stąd, i trochę go zmodyfikowałam po swojemu, dodając mąkę razową zamiast połowy białej, nie dodaję też cukru do ciasta. Na wierzch ubita kremówka wymieszana z mascarpone i owoce. Włala:














PS już połowy nie ma :). Miłego! - A.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

ostatnia niedziela.

523 dni. Rok i pięć miesięcy. Tyle nie było mnie w pracy. Dziś wróciłam i żyję. Wstałam o 5:45 - przed wszystkimi trzema nastawionymi budzikami :).  Czułam się tak, jakbym szła do nowej firmy a serce telepało mi się w klatce. Dopóki nie usiadłam przy komputerze, przy znajomych ale trochę zapomnianych programach. To chyba jak z rowerem i pływaniem - raczej się nie zapomina. O rozstanie z Ulą się nie bałam, została ze swoim tatą, czyli najlepiej na świecie. A wczoraj była ta niedziela, którą chce się wykorzystać na 200 %, i była piękna, ciepła, sierpniowa, rodzinna, taka jak lubię.

PS Skarpety Ula zakłada sobie sama:
Do miłego zobaczenia :) - A.

środa, 29 lipca 2015

prawda.

Jestem fanką Perfekcyjnej Pani Domu. Pierwsze trzy sezony znam praktycznie na pamięć, ostatni jest jeszcze do nadrobienia. Najbardziej lubię ten fragment programu, w którym Perfekcyjna siada z uczestniczkami na kanapie i ogląda filmy z ich domów. Uwielbiam oglądać ten niewyobrażalny syf w domach innych ludzi. Im większy - tym lepiej, tym milej się ogląda. Zazwyczaj myślę sobie wtedy coś w stylu: "jak można tak zapuścić chatę?" oraz "po kiego grzyba iść z tym do telewizji?". I im bardziej tym biednym ludziom jest wstyd za swoją nieudolność, tym ja czuję się lepiej. Że jestem taka super. Nie jestem. Fakt - lubię mieć czysto. Ale mój dom lśni czystością tylko od święta. Teraz na przykład siedzę na kanapie, piszę tego posta, a w salono/kuchni syf jakich mało. Ulka przebudza się i płacze, ale udaję że nie słyszę. Talerz brudny od ciasta stoi na stoliku i nie chce mi się go wynieść i włożyć do zmywarki. A nie, przecież zmywarka pełna, nie chce mi się rozpakować. Ula wciąż płacze - idę. Po drodze kopnę tylko grzechotkę, gumową kaczkę i śpiewającą małpę, bo przecież zabawki niepozbierane. A miałam pomysł, żeby zbierać, bo się dziecko nie nauczy, jak nie zobaczy że rodzice zbierają (tak mówi Perfekcyjna)..Dobra olać to, zaraz sprzątnę, tylko dokończę post. I zrobię mizerię, żeby mąż miał do obiadu. To żadna złośliwość - no, może trochę... W kuchni gniją jabłka, ręczniki mokną na balkonie, I nie mogę się ruszyć - czy to z lenistwa, czy to ze zmęczenia. I teraz już bym współczuła tym wszystkim matkom, żonom sfrustrowanym, zniechęconym, w tych domach przebrzydłych i brudnych. Co marzą o czystej podłodze, czystym oknie, bo wydaje im się, że tylko tak mogą oddychać. I tak będzie, jutro sprzątnę na błysk i odetchnę z ulgą (może nie tak wielką, bo w plecach coś łupie). I przekonam się, że najgłębszy oddech biorę jednak wtedy, kiedy dziecko zarzuca mi ręce na szyję, kiedy mówi ma-ma pierdyliard tysięczny dziś raz, tuli się i wpycha mi palec do nosa, bo tak jest przecież zabawnie. I zrobię porządek w jej ubraniach, chociaż tysiąc razy bardziej lubię porządkować swoje. A za pół godziny znowu będzie syfioza. Jak komuś to nie przeszkadza - zapraszam na kawę  - nie obiecuję, że będą ciasteczka. ;)

A.

środa, 8 lipca 2015

szyję i żyję.

Ej, serio, zawzięłam się. Chce mi się szyć! I żyć też :). Mam wrażenie, że na to szycie nie mam czasu i wystarczających umiejętności. To drugie da się ogarnąć z czasem, ale z ogarnięciem czasu będzie trochę gorzej. Ale Ula mnie motywuje. Niedługo będzie potrzebowała worka na kapcie i piżamkę do żłobka. Zrobię jej śliczny worek na kapcie :). Póki co przymierzam się:
















No, i w sumie na razie tyle udało mi się uszyć. Poza tym kontempluję lipiec. Już nigdy nie będzie drugiego takiego samego, kiedy ja na 100% jestem dla Uli, kiedy jest tak ciepło, i ona taka kumata, i my tak sobie razem na te swoje spacerki po deptaku, nieśpiesznie oglądamy fontannę, oglądamy pieski, patrzymy sobie i chodzimy. Fajnie jest i już się taki nie powtórzy. Kocham ten lipiec, serio.

Do następnego - A. :)

piątek, 26 czerwca 2015

co tam u nas słychać.

Zauważyliście, że moje posty są coraz bardziej kompaktowe? Nigdy nie lubiłam się jakoś specjalnie rozpisywać, ale teraz wszystko robię jakoś tak bardziej "kompaktowo". Oszczędzam słowa, czas i niekiedy pieniądze ;). Dwie godziny teraz to zupełnie inne dwie godziny niż jeszcze trzynaście miesięcy temu. To naprawdę w ch** czasu. (ajm sori za przekleństwo). Mleczko do twarzy trzy w jednym to naprawdę ekstra wynalazek, podobnie jak mokre chusteczki nie-tylko-do-pupy. Obiady jednogarnkowe to moje ulubione dania. Jest git. I tylko jedna rzecz mnie boli. Przestałam lubić zakupy. Marzę o paru nowych rzeczach z wyprzedaży, tylko zwyczajnie nie chce mi się tam iść. Do tego focusa, do tego miliona sklepów, mierzyć, przebierać, zastanawiać się. Rozważam zakupy wyprzedażowe przez internet. Świat się kończy, serio.
W domu takie oto obrazki:







Są i straty (małe macki się dobrały do lampy):

A ja przeprosiłam się z maszyną do szycia. (po ponad roku urlopu, miesiąc przed powrotem do pracy - niezły zapłon, co?). Mąż chyba z wrażenia cyknął mi foty:



Wstępne efekty:










Jeśli się rozkręcę- będzie więcej :). (Te wszystkie poduszki w łóżeczku to taka ściema na potrzeby zdjęcia - oczywiście, że nie trzymam ich tam na co dzień. Po pierwsze - Ula by się już nie zmieściła, po drugie - wdrapałaby się po nich do góry spadając niechybnie na podłogę. Po trzecie kończę, bo dziecko zjada właśnie mojego piankowego laczka...) Ale długi ten wpis - trudno - raz, a dobrze.
A. :)