wtorek, 9 grudnia 2014

wychodne.

Kino, cola, emenemsy, fryty z Mac'a i powolny powrót do domu trasą, którą nie chadza się z wózkiem. Wymarzony od dawna wieczór zrealizowany (dzięki Kama :)). To nie moje pierwsze wyjście bez Uli, ale w kinie ostatni raz byłam jeszcze z brzuchem. Co to za film? W sumie nieistotne. W mojej skali umiejscowiony wśród "gniotów z potencjałem",  a łezka w oku raz czy dwa nawet się zakręciła. Brzmi jakbym co najmniej urwała się z łańcucha, uciekła z więzienia, wyrwała się z klatki. A tak naprawdę nikt mnie w domu na siłę nie trzyma. Słyszę często - idź, pójdź, odpocznij, zrób coś dla siebie - skarb nie mąż! Łatwo powiedzieć trudniej zrobić, bo: a) centrum mojego wszechświata to wciąż i nadal ONA, córka moja przecudowna; b) jak już mam czas i wolne, to wolałabym poleżeć sobie plackiem i nie ruszać tyłka z kanapy; c) zamiast wychodzić lub leżeć, wolałabym jednak poogarniać w domu, bo nie umiem wypoczywać w bałaganie. Dziś się jednak udało, a ja poczułam się jakbym zrobiła coś megaekstremalnego. Było fajnie, chcę znowu, następnym razem w ramach rozpusty biorę jeszcze popcorn.

A.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz