sobota, 20 września 2014

Księżniczki.

Byłam dziś trzeci raz w życiu w naszej miejscowej bajkowej zagrodzie. Ot, przyjemny parczek z figurkami, ławkami, placem zabaw. Są i zwierzęta, a Ulka nawet chętnie zawiesiła wzrok na surykatkach (albo surogatkach... - wam też się to myli?). Niby kicz, ale mi nie przeszkadza. Mam już zdjęcie w dyniowej karocy, w paszczy gigantycznej dżdżownicy i pod grzybem - prawdziwkiem. Lubię szum sztucznego wodospadu, a za parę lat nasza Ulka będzie się pewnie bawić w plastikowym domku z piernika. Jedna rzecz mi tylko w tej całej zagrodzie nie pasuje, mianowicie: TWARZE KSIĘŻNICZEK. No kurka, bez jaj. Nie żebym była jakaś superprzewrażliwiona, ale Kopciuszek i Śnieżka z zagrody to już przegięcie. Disnejowskie księżniczki kocham od dzieciństwa. W podstawówce zazdrościłam koleżance, która chyba wszystkie księżniczkowe nowości miała na video (Patrycja - pozdrawiam ;)), a teraz z utęsknieniem czekam, aż Ula zacznie kumać na tyle, że będziemy mogli sobie urządzać księżniczkowe seanse z rzutnika. I w tych wszystkich wspomnieniach i wyobrażeniach księżniczki są piękne! Ba! Chcę być tymi księżniczkami! Chcę mieć ich rzęsy, brwi, usteczka i bladą cerę (o - tu się nawet załapałam), i ten charakterystyczny błysk w disnejowskim oku. Na pewno nie powinny wyglądać tak:

I kropka. Dobrze, że chociaż krasnale dają radę:
A gdyby ktoś chciał w Zielonej Górze wybudować park na wzór powiastek Beatrix Potter, to myślę, że mogłabym w nim nawet zamieszkać. Dziękuję za uwagę. Dobranoc.
Z księżniczkowym pozdrowieniem - A. :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz