poniedziałek, 3 marca 2014

w domu.

Ponieważ 28 tygodni to jednak trochę za wcześnie, by młodzież pojawiła się na świecie, dlatego ostatni tydzień musiałam spędzić w szpitalu. Nie wiem, czy po prostu łatwo adaptuję się do nowych warunków, czy zdrowie maleństwa przesłania mi wszystkie niedogodności, ale w sumie na nic nie mogłam tam narzekać. No, może poza szpitalnym wiktem, po którym chyba nie przytyłam ani grama i w dodatku nabawiłam się bólu żołądka (salceson? kaszanka? surówka z kapusty? bigooooos?! - a gdzie witaminki?!). Wystrój też nie najpiękniejszy a i towarzystwo na salonach - różne, ale pod każdym względem czułam się zaopiekowana, a dziecię chyba zrozumiało, że na przyjście na świat ma jeszcze chwilkę czasu. Gości miałam codziennie, wizyty tego najważniejszego bardzo wyczekiwane, i nie raz łezka albo dwie zostały na jego swetrze, chyba ze strachu, ale też z tęsknoty. Niektóre wizyty zupełnie niespodziewane i tym bardziej miłe, z owocami, soczkami, prezentami i książką. Mimo to, w poniedziałek rano na obchód czekałam jak na szpilkach, z nadzieją że usłyszę "do domu". Czyli, że jest już dobrze i możemy iść. Jesteśmy w domu, tu najlepiej :)

A.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz