piątek, 28 marca 2014

krąg.

To był dość intensywny  - jak na moje 32tygodniowe możliwości - i bardzo inspirujący tydzień. Ale po kolei. Zaczęło się od urodowego spotkania w domu, gdzie miła pani konsultantka (albo wróżka) roztoczyła czar i sprawiła, że poczułam się jak księżniczka. Milion mazideł, spektakularny efekt na twarzy, i po raz kolejny wyszło na jaw, że jestem konsumentem idealnym - przynajmniej jeśli chodzi o kosmetyki. Kasiorka myk myk z konta mojego na konto pani wróżki, a w łazience przybyły dodatkowe tubki. Mają starczyć na pół roku - zobaczymy :]. Dalej - film o douli - nie powiem - bardzo wzruszający. I porody w nim tak bardzo pozytywne. Oglądałyśmy w kawiarni, gdzie przychodzi się z dziećmi i puszcza samopas żeby się bawiły - całkiem przyjemne miejsce. Nie wiem czy dzieci, które tam były, jakoś instynktownie wyczuwały tematykę filmu, czy zaciekawione odgłosami te dwu- i trzylatki przychodziły pod ekran też sobie pooglądać, akurat w momencie rodzenia się dziecka. I patrzyły na ten poród z zupełnym spokojem. Ciekawe, czy może coś jeszcze pamiętają ze swoich porodów, a jeśli tak, to kiedy ta pamięć się kasuje... Dalej - w tym samym miejscu - mini pożegnalne spotkanie koleżanki. I tu następna inspiracja - może warto zrobić mapę marzeń, bo okazuje się, że takie zwizualizowane marzenia mają realną szansę, żeby się spełnić. No i wreszcie krąg. Krąg Opowieści Porodowych - brzmi groźnie i trochę się go bałam. Ale to było pierwsze doświadczenie w moim życiu, kiedy wysłuchując wielu kolejnych, tak bardzo różnych historii dziewczyn, które mają to za sobą a często znów przed sobą - nie bałam się swojego. Fakt - były "momenty", może takie o których wolałam nie wiedzieć, ale przeważyły te dobre, o sile, którą się w sobie odkrywa, kiedy trzeba działać. Wszystkie historię piękne, teraz czekam na swoją. A póki co od porodowych tematów chciałabym chwilę odpocząć.

A. :)

poniedziałek, 3 marca 2014

w domu.

Ponieważ 28 tygodni to jednak trochę za wcześnie, by młodzież pojawiła się na świecie, dlatego ostatni tydzień musiałam spędzić w szpitalu. Nie wiem, czy po prostu łatwo adaptuję się do nowych warunków, czy zdrowie maleństwa przesłania mi wszystkie niedogodności, ale w sumie na nic nie mogłam tam narzekać. No, może poza szpitalnym wiktem, po którym chyba nie przytyłam ani grama i w dodatku nabawiłam się bólu żołądka (salceson? kaszanka? surówka z kapusty? bigooooos?! - a gdzie witaminki?!). Wystrój też nie najpiękniejszy a i towarzystwo na salonach - różne, ale pod każdym względem czułam się zaopiekowana, a dziecię chyba zrozumiało, że na przyjście na świat ma jeszcze chwilkę czasu. Gości miałam codziennie, wizyty tego najważniejszego bardzo wyczekiwane, i nie raz łezka albo dwie zostały na jego swetrze, chyba ze strachu, ale też z tęsknoty. Niektóre wizyty zupełnie niespodziewane i tym bardziej miłe, z owocami, soczkami, prezentami i książką. Mimo to, w poniedziałek rano na obchód czekałam jak na szpilkach, z nadzieją że usłyszę "do domu". Czyli, że jest już dobrze i możemy iść. Jesteśmy w domu, tu najlepiej :)

A.